14 miesiąc życia dziecka

U nas niby wiele się nie zmieniło- ale jednak :) W tym miesiącu  najważniejsza kwestia, która nam spędza sen z powiek ( dosłownie :(  ) to kolejne ząbki: wyszły te cholerne dolne dwójki (obie na raz) – zaczęło się od bardzo wysokiej gorączki przez 2dni i oczywiście od zarwanych nocek :( w ciągu dnia nie było tragedii, ale w nocy…. Wiecie człowiek szybko przywyka do dobrego- a tu nagle jeb! Ryk przez całą noc, i kolejną- na szczęście Ibum forte dał radę :) Ale nocne pobudki i płacze zostały z nami na dłużej- jak się okazało czwórki w natarciu, znowu prawie wszystkie razem- ale nie jest już tak źle. Teraz powoli przesypia nocki ( chociaż popłakuje przez sen chyba), ale budzi się po 5……Przeciągam ją do po 6, bo inaczej nie jestem w stanie funkcjonować…5 rano to dla mnie noc! Mam nadzieję, że powolutku wrócimy do normy, bo przyznać się muszę, że podczas tych zębów miałam prawdziwy kryzys macierzyński…. Zanim odkryłam wyrzynające się czwórki, nie było we mnie już za grosz zrozumienia dla mojego cierpiącego dziecka :( chyba po prostu byłam zmęczona :( łzy lały mi się strumieniami i miałam ochotę spakować się i uciec……szkoda gadać…

Kolejna ważna rzecz z tego miesiąca to pierwsze kilka kroczków! :) Cudowna sprawa! Ale mój maluch nadal woli na kolanach, więc ta euforia była chwilowa. Ale za to często ma życzenie żeby ją prowadzić ( nastawiam dwa paluchy i już łapie i leci :)  ) i sama nadaje kierunek ( ten moment kiedy wyczaiła, że może decydować o tym gdzie chce iść- bezcenny! śmiała się ze szczęścia w głos i co 2 kroczki zmieniała kierunek!) No co tu dużo gadać- mój kręgosłup skacze ze szczęścia! ;)  Doszedł nam więc problem pierwszych bucików do chodzenia- nie zdawałam sobie sprawy jak ciężko kupić dziecku, które dopiero rozpoczyna swą przygodę z chodzeniem- dobre, porządne obuwie! W najbliższym  (naszym) mieście ( kiedyś wojewódzkim, ha!)- nie było szans! Jeden malutki sklepik, kilka par bucików i rozmiarów brak- a mamy już 20 :) No nie myślcie sobie- sklepów z butami to jest pełno wszędzie- co kawałek ccc, czy daichmann, ale te buty nie mają żadnej wartości. Ostatecznie zdecydowałam się na zakupy przez neta i firmę Emel z serii roczek ( specjalna seria dla dzieciaków, które zaczynają chodzić)- kupiłam bardziej zabudowane sandały na wyprzedaży za 119 zł. Piękne butki, ręczna robota, wspaniale wyprofilowane :) Jak potrzebujecie to polecam!

Słowa na tapiecie- oczywiście Tata ( w sumie to już na wszystkich tak mówi- na mnie też ;) )  i auto! Poznaje auta na reklamach, rysunkach- no normalnie mały fan motoryzacji nam rośnie!

Z rozkładu dnia- bez zmian, chociaż było kilka dni, kiedy to padła koło 8 w salonie na 30 minut i wtedy była tylko 1 drzemka koło 13 ( 1,5 h)- sama nie wiem, czy to przypadek, czy rozpoczyna się okres przechodzenia na 1 drzemkę. Się okaże!

Dalej uczymy się samodzielnego jedzenia w krzesełku, czasem z pomocą widelca ( który bardziej służy do  zabawy), ale mam dylematy i często martwię się, że zjada za mało :( Bo zdarzyło się, że mąż czy ja – karmiliśmy ją w salonie podczas zabawy- to byłam zdziwiona ile potrafi zjeść! ( ja pomijam to, że praktycznie ciągle ma ochotę coś przekąsić i jak nigdy- „biega” za mną i zagląda mi pod bluzkę wołając AM< AM!- a już nie daj boziu zjeść coś przy niej! zaraz się upomina!) A jak ją posadzę w krześle to apetyt jej mija :(  No sama nie wiem. Jestem przeciwniczką biegania za dzieckiem z widelcem….i lepiej chyba, żeby nabierała dobrych nawyków jedzenia przy stole, tak ??? Co myślicie????

Cała reszta bez większych zmian. A ja dzięki Srokao.pl  ( taki bardzo wartościowy blog, gdzie kosmetyki dla ciężarnych i dzieci są rozłożone na czynniki pierwsze- naprawdę polecam, bo warto być świadomym konsumentem!) odkryłam krem, który zredukował stosowanie maści ze sterydem ( Elosone) u Zosi do zupełnego minimum . Mam tu na myśli Heel- Dermaveel. Uwierzcie mi, że próbowałam naprawdę WIELU cudownych leków, ale zawsze kończyło się sterydami :( A ten krem naprawdę działa!!! Na AZS i inne świństwa niewiadomego pochodzenia. Jest dość drogi- niestety :( Ale wole to niż pakować w Zosię sterydy ( bywało, że praktycznie codziennie).

Pozdrawiam męża w delegacji :)  ( dobrze, że tylko 1 nocka póki co), ale po 2 tygodniach urlopu to o 1 nockę za dużo! Kocham, kocham i tęsknię!

Koniec.

 

Rok-i co dalej?

Rok minął….skończył się urlop macierzyński,  a my zdecydowaliśmy, że idę na wychowawczy. Zresztą teraz i tak było by mi trudno wrócić do pracy- po przeprowadzce miała bym ponad 100 km. Zobaczymy. Teraz cieszę się tym, że jestem z Zosią w domu, chociaż mam tragiczne momenty i wszystkiego serdecznie dość. Nie raz wam narzekałam, że mam dosyć tej wsi i tego, że jak mąż wyjedzie to nie mam do kogo gęby otworzyć i psa z kulawą nogą nie widuję. Ale pocieszająca jest myśl, że daję swojej córeczce wszystko co najlepsze. Zobaczymy na ile pozwolą nam finanse – jak będzie potrzeba to poszukam czegoś na miejscu.

Niestety mieszkanie tutaj ma też inne minusy, które doprowadzają mnie do szału. Mamy duży ogród, a na jego środku 3 drzewa: czereśnie, gruszę i śliwkę. Póki nie było owoców uwielbiałam te  drzewa, bo dawały przyjemny cień w upalne lato. Niestety jak zaczęły owocować….od czerwca do końca lata- osy :( całe stada :( nie możemy nawet korzystać z huśtawki, nie mówiąc już o tym, że nie ma mowy o tym, żeby rozłożyć koc i korzystać z cienia albo z piaskownicy :( możemy jedynie spacerować, co przy skwarze jest dość problematyczne i mało przyjemne. Nooo i uroki mieszkania na wsi się dla mnie skończyły :( Są jeszcze inne, jasne, że są: cisza, ptaki, czyste powietrze….ale wiecie…. siedzenie z dzieckiem w domu, które wcale nie ma na to ochoty…..nie jest fajnie. Dobra, nie będę już narzekać. Powinnam się cieszyć, że nie muszę mieszkać w dwupokojowym mieszkaniu i nie mamy rodziców na głowie. Tak właśnie próbuję sobie to tłumaczyć kiedy mam kiepskie dni. Nie jestem niepoprawną optymistką, więc czasem trudno mi zauważyć te dobre strony,  często widzę wszystko w szarych barwach, ale to już pewnie wiecie :) Walczę z tym!  Patrzę na Zosię i rośnie mi serce i jestem taka szczęśliwa! Najważniejsze, że mamy siebie, jesteśmy zdrowi i bardzo się kochamy. Nad całą resztą można popracować.

 

nowa codzienność

Ale Was zaniedbałam…:( ale tyle się działo.. Tak jak pisałam, spędziłam 2 tygodnie u rodziców- a od nich prosto do naszego Nowego Domu. Kochany mąż zajął się całą przeprowadzką :) Spędziliśmy już u siebie  2 dni- co prawda jeszcze jesteśmy na kartonach i dużo tu jeszcze do wysprzątania- ale już można powiedzieć- że mamy nowy dom!!!

Zosia ma się dobrze, skończyła w ostatnią sobotę 6 tygodni!- cały czas mało sypia- w ciągu dnia praktycznie wcale ( jedynie przy cycu- a jak próbuję ją odłożyć to budzi się od razu), nadal mogłaby siedzieć ciągle i jeść i nadal ulewa. Ale i tak poczyniła mega postępy! Można nawiązać z nią kontakt, można się już z nią „trochę pobawić” i od tygodnia śmieje się świadomie :) Jak jest w dobrym nastroju i sobie „gadamy” to uśmiech nie schodzi z jej malutkiej twarzyczki- a ja mam wtedy wrażenie, że stopniałyby wszystkie lody na świecie, coś wtedy chwyta mnie za serce i tak mocno ściska, że w oczach mam łzy….uśmiech dziecka to najcudowniejsza rzecz na świecie :)

W zeszłym tygodniu byłyśmy na kontroli bioderek- lekarz powiedział, że częściej mamy robić jej pozycję „na żabę”, zwłaszcza jak leży na brzuszku. Ale ogólnie nie jest źle- za 6 tygodni mamy wizytę kontrolną. Mięliśmy też ostatnia wizytę u położnej- Zosia przybrała od wagi urodzeniowej już 1 kg- ma 4630 :) Również ja byłam już na popołogowej wizycie u mojego lekarza prowadzącego- prócz dyskomfortu przy badaniu nie było nic nadzwyczajnego. Wszystko jest już w porządku- macica ma już wielkość jak przed ciążą, szwy się wchłonęły. Pytałam czy możemy już rozpocząć z mężem współżycie i oczywiście możemy :) (długo więc nie próżnowaliśmy). Rozmawialiśmy też o antykoncepcji. Dostałam receptę na pigułki dla kobiet karmiących. Następna wizyta dopiero po zakończeniu karmienia. Czyli według mojego planu dopiero za ok 10 miesięcy.

Nie dam rady więcej nic napisać…głowa mi pęka…jestem wykończona…ciężko jest być matką. Każdy czas poświęcam mojemu skarbowi. A jak już zaśnie to biorę się za rozpakowywanie kartonów i porządki. W nocy 2x pobudka na karmienie, a Zofia często już po 4-5 nie zasypia i musimy rozpocząć nowy dzień. Ale wiecie co? Jeden jej szczerbatkowy uśmiech i zapominam o wszystkim :)