ładna miska jeść nie daje….

Nie wiem ile mi Zosia da dziś napisać, bo może się obudzić na kolejną porcję jedzonka :) Skończyłam na tym jak przewieziono mnie na oddział położniczy do pokoju 2 osobowego w systemie rooming-in. Współlokatorka już na mnie czekała ze swoim synkiem (jak się okazało miała najspokojniejsze i najmniej problemowe niemowlę jakie znam! ). Pierwsze półtora dnia przystawiałam często Zosiulkę do piersi- ale nie miałam z tym problemu- bo ani ja tam za wiele nie miałam, ani Ona nie miała takich potrzeb. Ktoś- nie pamiętam kto pokazał mi technikę przystawiania dziecka do piersi jeszcze na sali obserwacyjnej. Chyba jednak coś poszło nie tak- bo jak się potem okazało jednego sutka miałam porządnie poranionego, a drugiego tylko troszkę. Mała niezbyt chętnie zaczęła się przystawiać. Doszło do tego, że w niedziele w nocy po długim okresie płaczu ( płaczu to złe określenie- to był ryk!!!) przyszła pielęgniara i dała mi butelkę z pokarmem dla Zosi- tłumacząc, że jak jest głodna to nic jej nie uspokoi. I tak się zaczęło……. pomijam to, że to, co mi powiedziała doprowadziło mnie do rozpaczy i musiałam iść do łazienki się wyryczeć, bo po braku snu takie wydarzenia były dla mnie zbyt mocne. Co z tego, że po porodzie super szybko doszłam do siebie, nie potrzebowałam żadnych środków przeciwbólowych, nie czułam bólu- nawet naciętego krocza! Nie mogłam pogodzić się z tym, że mimo tak obfitego biustu jakim obdarzyła mnie Matka Natura- nie byłam wstanie wykarmić swojego kochanego Dziecka!!!! Do końca pobytu w szpitalu karmiłam dziecko z butelki, ku mojej rozpaczy mała do piersi w ogóle nie chciała się już przysysać. Bolały mnie całe piersi, a sutki najbardziej. Nawet po ściśnięciu- nic nie chciało z nich lecieć. A co gorsza mała zaczęła zbyt mocno tracić na wadze ( nieduży spadek to całkiem normalne u noworodków) i przetrzymali nas dłużej w szpitalu :( Byłam na skraju…… Zosia bardzo często i mocno płakała, nie oszczędzała mnie nawet w nocy. Została mianowana pierwszym krzykaczem na oddziale. Chyba ani razu nie udało mi się przespać ciągiem 1 godziny. Budził mnie każdy odgłos z kołyski-bałam się, że Mała się zakrztusi- bo nie wiem czy wiecie- nie praktykuje się już odśluzowywania noworodków po urodzeniu- teraz mają odśluzowywać się naturalnie (?????? WTF?????). Kilka razy Mała zakrztusiła mi się i musiałam ją oklepywać….Byłam tym wszystkim przerażona. Coraz częściej łzy same cisnęły mi się do oczu. Pielęgniary krzywo na mnie patrzyły, że ” nie chcę” karmić piersią, tak samo jak Pani z poradni laktacyjnej, która jak zobaczyła butelkę na stoliku i smoczek tuż obok ( bo z desperacji próbowałam uciszać nim córeczkę- bezskutecznie oczywiście) to prawie się przeżegnała. Nikt nie rozumiał, że o niczym innym nie marzyłam- jak o tym, żeby karmić piersią Zośkę- przynajmniej przez rok, ale z tych moich piersi niewiele leci :(   O niczym innym nie marzyłam jak o tym, żeby już wrócić już do domu. Każdego dnia jak mąż przychodził w odwiedziny nie mogłam powstrzymać łez……czułam się taka niewartościowa…..

Nadszedł ten dzień, po mleku modyfikowanym Zosia zaczęła trochę przybierać. Na szczęście prócz incydentu z ubytkiem masy – mała jest całkowicie zdrowa. Pozytywnie przeszła wszystkie badania. Ku mojemu zaskoczeniu nie miałam problemów z pieluchami ( bo może to głupie- ale ja się naprawdę bałam, że nie będę umiała! Nigdy tego wcześniej nie robiłam, a jak Wam już kiedyś pisałam- strasznie bałam się takich malutkich bobasków, bo są takie delikatne i kruche!!! Unikałam nawet brania takich na ręce!). Środa godzina 16…jedziemy do domu! Jaka ja byłam szczęśliwa od rana! Nawet podmalowałam się trochę i podobałam się sobie w sukience, którą przywiózł mąż. Mój brzuch  chociaż wiotki i galaretowaty (!!!! tak tak moje drogie- tak to trzeba nazwać) wcale nie taki duży! Patrząc na inne dziewczyny które tego dnia wychodziły do domu- miałam połowę mniejszy brzuch od nich! Kolejny powód do radości ;) Jadę do domu !!!! Jadę Ja, Zosia i Tatuś :) cała nasza RODZINA :)

jest , jest już ze mną !!!!

Dziewczyny kochane! Z całego serca przepraszam za opóźnienie- ale same chyba rozumiecie :) Zosia zajmuje cały mój czas :) Jestem wykończona- ale jak bardzo szczęśliwa!!!!!

ale od początku……

…21 czerwca (sobota) wstaliśmy skoro świt z mężem i po delikatnym śniadanku udaliśmy się na 8.00 do szpitala.Pieszo, spacerkiem, z walizką na kółkach :) Roześmiani i szczęśliwi :) Na izbie przyjęć czas wlókł się niemiłosiernie…te  wszystkie formalności!!!! I ta nieprzyjemna baba! Zrobili usg ( okazało się, że mała może mieć od 3500 do 3800!) i kazali czekać…Niestety tutaj też okazało się, że nie praktykuje się już podawania lewatywy kobietom do porodu. Byłam tym faktem bardzo zniesmaczona ! Bo ja nastawiłam się, że jednak będę taką miała… ( chyba miałam czuja- bo wieczór wcześniej czopki glicerynowe poszły w ruch! Aż strach pomyśleć co by to było…..) Potem przebraną w szpitalne ciuszki zabrali mnie na oddział porodowy i kolejne formalności, ankiety, badania- ile tego??? i znowu czekanie na wolną salę porodową, atrakcji co niemiara- co chwila wrzaski i krzyki ;)….koło 10 zwolniła się sala nr 3 :) Od razu mnie tam ulokowano, rozpakowaliśmy się, wenflon, podłączenie do ktg ( od teraz aż do końca) i czekamy na lekarza. Przyszedł, zbadał,a tu rozwarcie na 3,5 cm! Postanowił szybko podać oksytocynę za pomocą pompy- start- godzina 11.Przez pierwsze 2 godzinki nic się nie działo- mięliśmy z mężem kupę śmiechu z tego co dzieje się za drzwiami :) Nagle o 13. 20 poczułam jak robi mi się ciepło między nogami!!!! Zsikałam się? Nie! Wody mi odeszły!!!!! I tak lało się i lało ( nie sądziłam, że tyle tego będzie!) Tak minął nam czas do 14. To co było potem…..hmmm…zdecydowanie przestało mi być do śmiechu…skurcze były coraz silniejsze i trudne do zniesienia, nasilały się bardzo, bardzo szybko. Już nawet bujanie i skakanie na piłce było nie do wytrzymania… Ale i tak miałam szczęście bo nie dowiedziałam się co to są bóle lędźwiowe.Chwile przed tym jak przyszedł mój lekarz mam już „zaniki pamięci”- miałam wrażenie, że tracę przytomność z bólu… Położyli mnie na łóżko i doktor mnie zbadał ( było to najgorsze badanie jakie miałam kiedykolwiek!)- 6 cm ! Pamiętam jak powiedział, że o 17.15 będzie po wszystkim, potem już tylko urywki. Mój mąż spisywał się bardzo dzielnie, nie mogłam mieć lepszego pomocnika! Wiedział czego potrzebuję i jak mi pomóc. Dostałam  znieczulenie (dolcontral) i nie wiem kiedy- zaczęło się! Pamiętam jak mój lekarz z położną instruowali mnie co robić i jakie to było trudne! Za dużo wszystkiego i te bóle! Nie do ogarnięcia i sił coraz mniej! A najgorsze, że miałam bardzo krótkie skurcze i zanim zaczęłam przeć już było po skurczu. Jeden wielki ból, ostry ból w kroczu (nacięcie), a miałam wrażenie, że to znieczulenie wcale nie zadziałało! Nagle w którymś momencie poczułam takie chlup!!!! i ulga!!!! Rzeczywiście jest tak, że samo przejście dziecka wcale nie boli! Poczułam tylko jak coś się wyślizguje. Chwilę po tym maleństwo wylądowało na moich piersiach :) Była godzina 16.43. Nie mogłam uwierzyć, że to już! Że to jest moja córeczka! To bardzo wzruszający moment, miałam łzy w oczach- podobnie jak mąż :) I teraz też mi się zebrały  na samą myśl o tej chwili…Maleńka była długo u mamusi, czekaliśmy na łożysko, lekarz podał jeszcze znieczulenie miejscowe i zszył mi krocze.  Dopiero potem wzięli ją na badania i pod lampę. Zosia ma 3640 g :) Dostała 10 w skali Apgar i jest zdrowa i śliczna! Ja tych ostatnich chwil nie pamiętam dokładnie, bo znieczulenie zaczęło działać i miałam niesamowity odlot, zasypiałam co chwilę i nie bardzo wiedziałam co się dzieje. Wiele rzeczy dowiedziałam się od męża :) Przewieźli nas na salę obserwacyjną i dopiero tam odzyskiwałam świadomość. Tam również pierwszy raz przystawiłam dziecko do piersi. Niesamowite uczucie! Jak doszłam do siebie to trafiłyśmy na  oddział położniczy III (287). Współlokatorka już czekała ze swoim skarbusiem Stasiem- również urodzonym dzisiaj, ale koło 12 przez C.C. Właśnie tak przyszła na świat najpiękniejsza i najcudowniejsza istotka na całym świecie! :) Dziewczyny zakochałam się! Zakochałam się od pierwszego wejrzenia jak spojrzałam w te ciemne, zapuchnięte oczęta i na te ciemne, gęste włoski :)