Podsumowanie ostatnich miesięcy. Nowe miejsce.

Mam ogromne zaległości. Wiem. Ale teraz wszystko się zmieni! Obiecuję! Nie wiem od czego zacząć…..

Ostatnie wakacje to były ostatnie wakacje na wsi. Chociaż o tym nie pisałam, ale z końcem maja podjęliśmy z mężem decyzję o powrocie do wielkiego miasta. Na nasze stare śmieci. Mięliśmy 3 miesiące żeby znaleźć nam nowe gniazdko ( tyle trwał okres wypowiedzenia) i nie muszę chyba pisać, że przez te 3 miesiące na samą myśl o przeprowadzce: a) cieszyłam się jak głupia, b) bałam się jak cholera, c) dostawałam mdłości na samą myśl o przeprowadzce- wiecie pakowanie, rozpakowywanie- no same przyjemności! Ale sami wiecie, że był to już dla nas czas żeby coś zmienić….Dostawałam już na głowę, Zośce ewidentnie nie służyło to, że dostawałam na głowę :( Ta totalna izolacja od ludzi nikomu nie robiła dobrze…a miało być tak pięknie! Mąż ma taką pracę, że większość czasu nie ma go w domu, a ja czułam się jak zamknięta z dzieckiem w złotej klatce…..Decyzja podjęta!!!!!

Mięliśmy dużo szczęścia bo dość szybko znaleźliśmy spore mieszkanie, za bardzo rozsądne pieniądze, niedaleko samego centrum. Osiedle „zamknięte”, odizolowane, ładne, ciche, spokojne,  bardzo zielone, przy blokach lasy, stawy z kaczkami, stadniny koni i 3 place zabaw- może nie pierwszej nowości, ale dla nas to i tak super. Są tu również sklepy, poczta, piekarnia, apteka….czyli wszystko to, czego nam brakowało na wsi!!!! Od tego momentu czas zaczął płynąć dla nas szybciej i przyjemniej, chociaż widmo przeprowadzki do ostatniego dnia mnie osłabiało!

Prócz wakacji nad morzem o których Wam pisałam- nie udało nam się w tym roku nigdzie dalej poszaleć. Ale byliśmy kilka razy u rodziny w Szczecinie. Na szczęście Zośka już nie robi takich problemów w samochodzie, spokojnie można gdzieś pojechać bez szargania nerwów. Ps. pamiętacie, że kiedyś nie dało się z nią w ogóle jeździć samochodem???? Tak na prawdę udało mi się przetrwać te ostatnie miesiące na wsi bo odliczałam dni- całkiem serio. Skreślałam każdy jeden dzień w kalendarzu, który przybliżał mnie do powrotu między ludzi.

W miarę sprawnie udało nam się zorganizować całą przeprowadzkę dzięki babci, która opiekowała się przez całe dnie Zosią, kiedy My musieliśmy jechać sprzątać nowe mieszkanie, kiedy się pakowaliśmy i ogarnialiśmy cały majdan ( uwielbiam takie sytuacje, bo to zmusza nas do generalnych porządków, wywalania lub wydawania niepotrzebnych rzeczy, ubrań, zabawek) oraz kiedy to wszystko trzeba było porozkładać w nowym miejscu- organizując Nowy Dom :)

Bałam się jak Zofia zaakceptuje nowe miejsce- oczywiście była tu z nami wcześniej przy okazji podpisywania umowy. Rozmawialiśmy o tym, że będziemy zmieniać domek, przekupiliśmy ją też trochę wizytami na pobliskich placach zabaw :) Ja jednak wciąż się bałam…Tamten dom, ogród…to było miejsce, które znała w zasadzie od urodzenia…Mąż mnie uspokajał i mówił: Dla niej dom to miejsce w którym jesteśmy wszyscy razem!!!! i wiecie co??????? Miał cholerną rację!!!!!!!! Zofia przyjechała do nowego domku razem z babcią, kiedy my już zdążyliśmy wszystko w nim urządzić. Wszystko było już gotowe. Jej nowy pokój też :) gdybyście zobaczyły szczęście na tej małej buzi!!!!! Biegała po mieszkaniu jak oszalała :) A ja po raz pierwszy odetchnęłam z całego serca z poczuciem ulgi…

Kilka dni trwało zanim od nowa się oswajaliśmy ze wszystkim, wiele rzeczy trzeba było przeorganizować, ale jedna rzecz pozostała bez zmian: Zosi plan dnia- godziny snu, posiłków, zabaw. Bardzo nam to wszystko ułatwiło życie i mogliśmy wypracować nową „rutynę”. Od pierwszej nocy wszystkim nam śpi się tu o wiele lepiej, lepiej się funkcjonuje. Ja w zasadzie po pierwszym dniu miałam odczucie, że to była najlepsza decyzja w moim życiu :) Że tamte dwa lata na wsi to dwa lata zmarnowane…. że w końcu odżywam, rozkwitam, na prawdę- wracam do życia- do świata!!!!! Czuję się wspaniale!!!!! Potrzebuję ludzi dookoła siebie- a na naszym osiedlu większość rodzin to młode małżeństwa z małymi dziećmi. Gdzie nie pójdziesz to wszędzie jest okazja do nawiązywania kontaktów, do miłych pogawędek, dzieci się wspólnie bawią- bo zabawki zostają na placach zabaw i są wspólne, ludzie są mili, otwarci i serdeczni. Uśmiech przez cały wrzesień nie schodził mi z twarzy :) Przez cały wrzesień nie było ani jednego pochmurnego, deszczowego dnia dlatego większość czasu spędzałyśmy na dworze.

Powiem Wam jedno: Nigdy nie chciałam wracać do mojego rodzinnego miasta, na wieś. Wiedziałam to już od pierwszego roku studiów. Dwa lata temu popełniłam straszny błąd zgadzając się na taki powrót. Myślałam, że tak będzie lepiej dla Zosi, mąż też był zachwycony…..Teraz wiem, że nie należy robić nic wbrew sobie. Nie można innych uszczęśliwiać, a samemu zapominać o sobie. W nasz nowy dom wstąpił nowy duch. Ciągle się uśmiecham, wszystko mi się chce, nie jestem taka nerwowa, schudłam. Szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko- Tak Mówią. Owszem. Rozwinęła bym to dalej: szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko oraz szczęśliwa rodzina……

…..i nie potrzeba mieć do tego wielkiego domu z wielkim ogrodem.

ze wsi na salony

I tak się stało, że mamy swoją pierwszą daleką podróż, we trójkę, za sobą :) Był to prezent od męża na naszą drugą rocznicę ślubu (kocham, kocham, kocham !). To tylko niecałe 4 dni, ale to najwspanialsze 4 dni w ostatnim czasie!  Spędziliśmy je w cudownym Paryżu !!!!! To była długo planowana podróż, ale im było bliżej tym miałam większe obawy! Największą było: jak to zniesie Zofia????? Jak zniesie podróż? Jak będzie spać w nowym miejscu? Jak wytrzyma nasze wyprawy w wózku (no wiecie – ona w wózku to max pół godziny)? Mnożyły się te moje pytania i noc przed wyjazdem miałam problemy ze snem. Powiem wam jedno: wszystkie moje obawy były bezpodstawne!!!!!! Świetnie daliśmy radę- Zofia- pomimo, że jest strasznym domatorem- spisała się na medal! Powiem więcej- miałam wrażenie, że bardzo jej odpowiadało to co się działo- ruch, zgiełk, hałas, pełno ludzi….Nasza córka skradła serca paryżanom- wszystkich zaczepiała (zwłaszcza w metrze)  i spotykała się z wielką sympatią. Wielu ludzi nas zaczepiało i zagadywało o nią. Pomimo bariery językowej- było to bardzo miłe ( daliśmy radę po angielsku). To był wspaniały czas i traktowaliśmy go jak mini urlop (w sumie odkąd Zofia się urodziła to nigdzie nie byliśmy na dłużej), cudownie było spędzić te kilka dni RAZEM „prawie” beztrosko! Było tak fajnie, że jak już wracaliśmy to było mi cholernie przykro, że musimy już wracać na naszą wieś do naszej szarej codzienności i powiem Wam, że złapałam się na tym, że przeszła mi przez głowę myśl, że chciałabym tu zostać…no wiecie…..już na zawsze!!!!

Jeśli chodzi o podróż samolotem- zero problemów. Chyba ja znosiłam najgorzej start i lądowanie- Na Zośce nie robiło to żadnego wrażenia- wkórzała się tylko, że musiała być przypięta do mnie pasami- co ograniczało mocno jej ruchy :)

Potem podróż autobusem z lotniska do Paryża ( ok 70 km), tu było gorzej- już była zmęczona, był czas drzemki- i tutaj cycuś uratował sytuację :)

Paryskie metro- pierwsze wrażenie- Masakra! W środku duchota, w korytarzach przeciągi, co kawałek długie schody i nigdzie schodów ruchomych, ani podjazdów dla wózków. Momentami bałam się też, że wózkiem nie zmieścimy się w bramce- bywało gorąco…walizka, wózek i mocno wkórzone już dziecko, ogólnie wszyscy głodni i zmęczeni!.Ale tutaj francuzi okazali nam swoją serdeczność- wszyscy ochoczo brali się do pomocy przy wózku- sami z siebie i to z uśmiechem na ustach! Uwierzycie? To samo metro już kolejnego dnia nie było takie straszne :) powiedziałabym nawet, że to idealny środek lokomocji! Wszędzie szybko, łatwo i przyjemnie :)

Kolejne dwa dni spędziliśmy na zwiedzaniu, dużo chodziliśmy i ogólnie narzuciliśmy sobie spore tempo- Zosi momentami trudno było wysiedzieć w wózeczku, ale wtedy robiliśmy przerwę na jej „rozprostowanie kości” :) Z okna naszego hotelu mięliśmy widok na Moulin Rouge, całkiem niedaleko Plac Pigalle ( totalnie nic nadzwyczajnego!) i bazylikę Sacre- Coeur ( na wzórzu- coś cudownego!!!!!) Sporo czasu spędziliśmy jedząc bagietki przy wieży Eiffla, oglądaliśmy Łuk Triumfalny, byliśmy też przy Katedrze Notre-Dame i zahaczyliśmy o Louvre- oczywiście tylko plac :) Sama już nie wiem czy coś pominęłam :)

Ogólnie mogę polecić :) Zdaję sobie sprawę, że to co widzieliśmy to zaledwie wierzchołek góry lodowej tego co w Paryżu można i należy zobaczyć, ale ograniczał nas czas i dziecko :) Jednak to, co udało nam się ogarnąć- totalnie mnie zachwyciło!!!! A najbardziej nasza dzielnica: Montmartre- jedyne wzgórze w Paryżu , z cudownymi widokami. Stara, klimatyczna część Paryża, pełna malutkich, klimatycznych knajpeczek. No coś niesamowitego! Poza tym ta część Paryża to dzielnica rozpusty! Tyle sex-shopów nigdy nie widziałam!

Ogólnie finansowo nie było źle- zakupy robiliśmy w pobliskim Carrfourze, posiłki jedliśmy z knajp na wynos ( Chiński, tajlandzkie, włoskie- pełno tego!), hotel zabukowany parę miesięcy temu ( podobnie jak bilety lotnicze) też był po cenie okazyjnej :) Czy warto było- nawet jeśli to tylko kilka chwil? Warto!!!!

Obiecałam sobie, że kiedyś, za parę lat- na kolejną rocznicę- tym razem ja zabiorę Męża ( tylko Męża) i sami oddamy się rozpuście w Paryżu……..O!

Paris, Paris…….

 

 

zapamiętaj na zawsze droga Matko!

 

„Wasze dziecko pewnego dnia wyrośnie z pieluch. Obiecuję. Pewnego dnia będzie już za duże na wasze kolana. Pewnego dnia nie będziecie musieli go wyciągać rano z łóżka. Pewnego dnia wejdziecie do jego pustego pokoju i będzie skłonni oddać wszystko, aby TEN dzień wrócił. TEN dzisiejszy dzień – z całym jego zmęczeniem, chaosem i śmiechem. Odpuszczajcie więc małe rzeczy. Przytulajcie wasze dziecko. Zostańcie z nim i pobawcie się trochę dłużej. Budujcie więź. Twórzcie wspomnienia. Piękne wspomnienia. Wspomnienia, do których będziecie wracać, gdy te małe rączki, które dziś trzymacie, odejdą.”

Źródło: Positive Parenting: Toddlers and Beyond.

www.blogojciec.pl

Kiedy zobaczyłam i przeczytałam te słowa poczułam się jakby ich autor siedział w mojej głowie. Jakby ubrał w słowa moje myśli i uczucia. Słowa te przywołał u siebie blogujący ojciec.Swoją drogą bardzo lubię tego gościa. Mężczyzna w parentingu to rzadkość. Często tam zaglądam.

Często o tym myślę. I teraz kiedy każdego dnia czuję, że czas leci naprawdę bardzo szybko myślę o tym jeszcze częściej i mocniej. Mam momenty, że trudno mi się z tym pogodzić. Ale to mi pomaga. To pomaga mi cieszyć się każdym dniem spędzonym z moim dzieckiem. Nawet tym najgorszym, najbardziej marudnym, tym po zarwanej nocce. Kiedy jest już tak źle, że mam poczucie, że jeszcze chwila i zwariuję. Albo, że mam już tak serdecznie dość, że wyskoczyłabym przez okno gdyby nie to, że mieszkam na parterze. Są takie dni. Wy też je macie. Każdy ma prawo takie mieć. Nie jesteśmy idealni. Jesteśmy tylko rodzicami.

I teraz kiedy zdałam sobie z tego sprawę- każdy dzień mnie cieszy. Każdego dnia coraz częściej trzymam moją córkę na rękach, pomimo tego, że jest coraz większa i cięższa. Pozwalam jej wtulać się we mnie, a ja, ściskając ją,  wącham jej śmieszne, powycierane włoski. Nigdy nie odmawiam kiedy mnie potrzebuje.

Bo przyjdzie taki dzień- kiedy nasze dzieci nie będą chciały być już brane na ręce. Nie będą chciały siedzieć na kolanach. Nie będą potrzebować naszej dłoni. I buziaka też nie będą chciały nam podarować….”…no Mamo! weź przestań- siarę mi robisz….”

pamiętajcie.

ocipiałam!

Jakieś dwa lata temu moja serdeczna przyjaciółka urodziła swoje pierwsze dziecko- córeczkę. Razem ze swoim mężem szaleli ze szczęścia. To zupełnie zrozumiałe :) My w tamtym czasie jeszcze używaliśmy życia i niekoniecznie myśleliśmy o pieluchach.  Ale powiem szczerze, że z małżem podśmiechiwaliśmy się z nich trochę. Ich zachowanie w naszych oczach było co najmniej komiczne. Rozpływali się nad tym swoim dzieckiem niemiłosiernie. Bo piękna, bo śliczna, bo beknęła cudownie…OOO! a jaki śliczny bączek!!! a tiii tii tii!!! A godzinami mogli opowiadać o tym jak leży i macha rączkami, potem, że już leży na brzuszku. A jakie kupki urocze! A oszaleć można z tej miłości do dziecka! A My w tym czasie w myślach stukaliśmy się w głowę. Miał człowiek wrażenie, że Oni to dziecko po dupie by wiecznie całowali, kupę w ramkę oprawili! No ja rozumiem miłość do dziecka- no spox! Ale bez przesady- myślałam wtedy. Myślałam też : ja tak nie będę! I z niedowierzaniem patrzyłam jak oboje się wpatrują w tego „smarka” małego jak w Obraz Przenajświętszy. Oboje też jak mantrę powtarzali: zresztą sami zobaczycie jak będziecie mięli swoje! A ja sobie myślałam: oohooo! co to- to nie! Na pewno nie dam się zwariować!

Teraz- jakby ktoś spojrzał na mnie z boku- nie ma chwili abym nie wycałowała tych przenajsłodszych polasów. Robię to co chwilę i nie mogę przestać. Całuję rączki, nóżki i to dupsko małe- też całuję! Jak leży na swojej macie i się bawi- mogłabym wpatrywać się  godzinami. Jak śpi i uśmiecha się przez sen- całymi dniami! Jak siedzi w foteliku i z takim zaangażowaniem gryzie swoją łyżeczkę- no normalnie jak nienormalna!!! Zresztą małżowi też się udziela :) Bo nasze dziecko jest najpiękniejsze, najsłodsze, najmądrzejsze! Zwariowałam, oszalałam, ocipiałam! Świata poza nią nie widzę. Czy Wy też tak macie- czy tylko ja straciłam rozum???????

pół roku Zofii

uwierzycie???? Zofia skończyła pół roku! W głowie mi się to nie mieści! Patrze na tą moją śliczną córeczkę i już chyba milion razy powiedziałam do męża, że czas płynie zdecydowanie za szybko. Że dziecko nam za szybko rośnie i w sumie to mogłaby zostać już taka na zawsze :) Przez te ostatnie choroby przeoczyłam chyba jakiś skok rozwojowy ( w sumie wychodzi na to, że ten 5 z 22-26 tygodnia) bo każdego dnia patrze na nią i jestem w totalnym szoku!!! Niezupełnie chodzi mi o rozwój fizyczny ( chociaż jeszcze bardziej rozwinęła się koordynacja ruchów, leżąc na brzuszku odpycha się rączkami i przesuwa w tył, wygina się w łuk  żeby coś zobaczyć, lub sięgnąć zabawkę, często łapie drobne rzeczy między kciuk, a palec wskazujący- nadal jednak świadomie się nie przewraca z plecków na brzuch i odwrotnie, siada tylko z podparciem, przytrzymywana pewnie stoi na nogach, w kąpieli szaleje i chlupie na całego. Prócz cycusia o 7, 11,15 i 19 nadal je 2 posiłki dodatkowo ( koło 12.30 i 17.30)- ale nie karmimy się już w nocy ( chociaż pobudki niestety są nadal koło 4 i przed 6, ale w miarę szybko za pomocą mamy śpi dalej), od tygodnia spożywa posiłki w wysokim krześle ( w bujako-foteliku wariowała i nie chciała jeść) i dodam, że korzystamy z krzesła z Ikei Antilop ( wraz z tacą i poduszką) i póki co sprawdza się bardzo dobrze- więc polecam. Naprawdę fajne i w bardzo dobrej cenie- można dostać na allergo.

Największą zmianę widzę jednak w rozwoju intelektualnym. Normalnie momentami patrzy i zachowuje się jak „stara”. Uśmiech nie schodzi z jej twarzy, a jak mama robi pierdziocha w szyjkę lub brzuszek- a jak pod paszką to już w ogóle chichocze na całego. Wszystko ogląda bardzo dokładnie, przygląda się jak coś ją zainteresuje i przyjemnością stają się spacery. Mamy gondolę z podniesionym oparciem i ogląda już świat z zaciekawieniem. Coraz częściej zajmuje się sama zabawkami (wiadomo, nie na długo- ale to już coś!). Co ja będę pisać- po prostu zakochuję się coraz to bardziej każdego dnia. I rozumiemy się już naprawdę świetnie. Patrząc na nią mam taką ogromną radość w sercu!!!To niezwykłe uczucie. Trudne początki poszły w zapomnienie- jeden przepiękny uśmiech i człowiek traci głowę dla tego małego człowieka! Pół roczku- to wyjątkowy okres w życiu dziecka :) Macierzyństwo zaczyna przynosić wreszcie radość i spełnienie :)

Od wczoraj kładę Zofię na drzemki w łóżeczku ( jak pamiętacie do tej pory spała w bujaku elektrycznym)- trzymajcie kciuki- póki co jest nieźle. Budzi się co 40 minut, ale wierzę, że jest to szybko do zrobienia. Jestem dobrej myśli. Jestem po prostu szczęśliwa!