deprecha

i sama nie wiem nawet czy mam ochotę pisać….nie mogę porządnie ponarzekać, bo mąż przeczyta..i tak pewnie myśli, że udaję i oczywiście, że przesadzam. zawsze słyszę, że przesadzam…ale tym razem czuję naprawdę coś innego. czuję jak mnie coś zżera od środka.

zaznaczyć muszę od razu, że nie mam problemów z opieką nad córeczką. kocham ją bardzo. nie wyobrażam sobie, że mogłaby stać się jej jakaś krzywda. poświęcam jej każdy swój dzień i każdą chwilę. często myśląc o niej po prostu się rozczulam.

ale ja, ja czuję się źle. brak mi radości w życiu i coraz bardziej boję się przyszłości. nie mogę na siebie patrzeć. nie spełniam swoich małżeńskich obowiązków. wszystko widzę w czarnych barwach.

czuję się taka samotna. wszystko przez tą wyprowadzkę. jestem sama na tym zadupiu. na tym końcu świata z jedną drogą. dobrze, że mama wpada do mnie codziennie na chwilę ( ale dosłownie chwilę)…to znaczy bardziej prawdopodobne, że przyjeżdża do Zosi-  nie do mnie. ta samotność u mnie to dziwna trochę, bo to nie chodzi tylko o ludzi….chodzi o miejsca! miejsca których mi brakuje, w których czułam się dobrze. ten przeklęty, zimny dom, nawet w upalnym sierpniu była tu lodówka. polar i grube skarpety obowiązkowe. z grzaniem musimy poczekać- piec na olej. drożyzna… wszędzie pełno pająków. pchają się na zimę do domu. zniosła bym te z cienkimi nóżkami, ale ostatnio pojawiły się te grube, wielkie, czarne….mam nadzieję, że na piętro nie wejdą…ochyda….brakuje mi niezależności. tego, że otwieram drzwi i już znajduję się między ludźmi (zalety mieszkania w dużym mieście). tego, że wszędzie mam blisko i mam tyle możliwości. nawet z małą Zosią miałabym więcej możliwości. nawet w głupiej biedronce nie byłam od 2,5 miesiąca.

mąż niby jest, ale jakby go nie było. już teraz mi wszystko jedno czy wyjeżdża czy zostaje w domu. i tak go dla nas nie ma. wyłania się z biura koło 18. dzisiaj wyjechał na noc. bo się umówił. a ja mam się przyzwyczajać bo będzie wyjeżdżał. a ja już mu chyba nie ufam. myślę, że będzie coraz częściej wybywał z domu. no tak jeszcze przecież spotkanie integracyjne. mój mąż bywa. na kolacyjkach i tu i tam. on się będzie integrował. ja też się chyba będę integrować- z depresją…wieczorami każdy z nas wkłada nos w swój komputer. ja 10000 razy w ciągu wieczora bezsensownie sprawdzam facebooka. nic już razem nie robimy. jestem zawiedziona. i czuję się oszukana. i czuję się nieszczęśliwa. i lęki mam jakieś. i płaczę bez powodu. nawet w nocy. mam czasem wrażenie, że trzymam się jakoś dzięki tej małej kruszynce, która cichutko postękuje piętro wyżej. Nie wierzę, że jakoś to będzie. bo miało być inaczej….powie ktoś, no chłop pracuje- a ta narzeka. owszem ale wkład w tą jego pracę nie przekłada się na zyski. wręcz koszty tylko rosną. dobrze, że ja dostaję świadczenia. do czerwca mamy z Zosią zapewniony byt…ale co dalej? mam wrażenie, że jak czegoś z tym wszystkim nie zrobię to zwariuję…..

a tu jeszcze jesień idzie…zima…te ciągłe zimno i ciemności. normalny człowiek popada czasem w jesienną deprechę. ciężko będzie..oj ciężko….

mleczne oszustwo

O wyższości karmienia piersią nie trzeba przekonywać nikogo, kto ma choć trochę oleju w głowie. Poza tym to przecież takie naturalne, zdrowe, cudowne, łatwe, przyjemne i która to świadomie nie chce to lincz społeczny! Matka wyrodna! Kolorowe gazety z zadowolonymi mamami i szczęśliwymi bobasami przyssanymi do maminych biustów aż do nas krzyczą z daleka! Każdy kto czytał o moich zmaganiach z laktacją, ten wie ile mnie to kosztowało- aby teraz Zofia mogła korzystać z tego dobrodziejstwa. Powiem od razu- nie żałuję- ale….czuję się oszukana. Bo nie zdawałam sobie sprawy jak to jest…tak naprawdę nigdy nie dowiedziałam się prawdy- prawdę poznaję dopiero teraz- na własnej skórze. O co chodzi?

Bo nigdzie nie jest napisane, że karmiąc niemowlę na żądanie (bo przecież tak najlepiej) uzależniasz je od siebie. Bo przecież tak przywyka do tego ciepła i bliskości, że po jakimś czasie robi sobie smoczek z twoich sutków. Ja rozumiem oczywiście, że dla maluszka to jedyne miejsce w którym czuje się bezpiecznie, ale niedoświadczona matka (taka jak ja!)- która dopiero zaczyna swą przygodę z macierzyństwem- chcąc jak najlepiej dla swojego maleństwa- wyciąga cyca na każde zakwilenie dzieciątka i cieszy się, że mu dobrze. Bo oczy ma maślane, bo milknie, bo zasypia…jak słodko! I tak całe dnie od rana do wieczora (i w nocy też- a jakże!) siedzi ta zielona matka- cała szczęśliwa, że to macierzyństwo takie łatwe! Bo znalazła sposób na swoje dziecko. Bo co one tam narzekają? Przecież jest cudownie! Dziecko szczęśliwe- ja zadowolona!

Ale uwierzcie mi ta euforia mija…I obudzicie się któregoś dnia z ręką w nocniku…kolejny dzień „wczorajsza”- nieumyta, w piżamie- albo w lepszej wersji- w dresie. Posiłek jakiś- owszem- najczęściej na stojąco i to pochłonięty w całości,  jednocześnie parzący podniebienie (w lepszej wersji). Bo wasze dopieszczone i słodkie Maleństwo nie pozwoli wam zejść z kanapy na dłużej niż 5 minut- niezależnie czyje, inne kochające ramiona je tulą (w lepszej wersji-bo w przeciwnym razie pozostanie bujaczek, fotelik lub łóżeczko- ale wszystko z tym samym skutkiem). Będzie śledzić każdy twój ruch- czy oby nie znikasz na zawsze tuż za rogiem. A jak znikniesz to zaraz nerwowo nawołuje. Przy twej piersi będzie spać, srać, bawić się i czuwać. Inne miejscówki będą parzyć. Zapomnij o sobie kobieto. Matko karmiąca. Jak na to pozwolisz, będziesz siedzieć przez kilka miesięcy, brudna, głodna, z cyckami do pasa z przyssaną, szczęśliwą pijawką. Jedną ręką będziesz stukać w klawiaturę i jak będziesz miała szczęście to będzie Ci dane bez płaczu ( nie twojego) skorzystać z toalety….

kolejne łzy rozgoryczonej matki

I tym razem nie są to łzy szczęścia :( i smutno mi i jestem nieszczęśliwa i pewnie jak to przeczyta mój małżon to uśmiechnie się pod nosem ( z czego HA?) Ciężko mi, chyba jestem przemęczona. Odkąd urodziła się Zofia nie potrafię spać w dzień. Chociaż kiedyś nie miałam z tym najmniejszego problemu. A teraz jest tyle do zrobienia! Zofia też znowu nie śpi w dzień :( Jeśli to ciąg dalszy tego cholernego skoku to chcę żeby on już sobie poszedł! Zośka przysypia mi tylko przy cycu (i to max pół godziny-40 min). Budzi się po to żeby mamie pomarudzić i popłakać (powyć wręcz czasem!), zmieniamy pieluchę, znowu cyc i drzemka- i tak w kółko… Tym sposobem siedzę cały dzień, nieumyta i głodna (sama jestem) we wczorajszych dresach i wszystkiego mi się odechciewa…próbuję dla mojej córki zatańczyć nawet na rzęsach, a i tak nic to nie daje :( Jeszcze do niedawna wieczór przynosił ulgę i chwilę wytchnienia- ale od paru dni jak po kąpieli idziemy w nasze miejsce na wieczorne karmienie to wrzask jakby mi córkę ze skóry ktoś obdzierał! Każdego dnia zaskakuje mnie siła i natężenie jej wrzasku! Zachowuje się jakby ją parzył nawet cycuś!!! I tak usypianie 2 miesięcznego niemowlaka trwa ostatnio 3 godziny :( Siedzę wieczorem na naszym fotelu do karmienia jak na karnym jeżu i ryczę….Mój mądry mąż zapytał mnie ostatnio z nutą rozbawienia chyba: Macierzyństwo daje Ci w kość? No zabawne- ale daje…

Żeby to chociaż ta głupia baba miała do kogo gębę otworzyć i komu się wyżalić…to po co! siedzi sama z dziecięciem i nawet tymi wieczorami co w ciemności próbuje łzy gorzkie ukoić- siedzi..sama.. godzinę..dwie… bo praca ważniejsza, bo telewizor jest w salonie…może przyjdzie, może nie…lepiej niech nie przychodzi bo będzie marudzić, narzekać, albo co….prawda ? gówno prawda.

A matka potrzebuje! Bo na głowę dostanie. A co gorsza przestanie cieszyć się życiem.

A mężowi zaczyna pasować, że córa nasza wpatrzona w matkę jak w święty obraz- u nikogo innego nie spędzi w ramionach dłużej niż 5 minut, więc jak zaczyna marudzić to siup! idz do mamy. Niech się mama buja. znowu. Po co się wysilić i córkę próbować zabawić, pobawić żeby matka chwilę odetchnęła? Przecież matka to terminator!!!

A matka to NIE terminator! Ani batman czy spiderman. Nie ma żadnych nadludzkich sił, ani zdolności.  I bywa wykończona. Ale jest matką..i zawsze nią będzie…zawsze musi dać radę… czasem tylko mógłby ktoś wesprzeć…pogłaskać…pomyziać…przytulić…żeby wiedziała, że ktoś te wysiłki zauważa i docenia. tylko tyle….

nie może być zbyt kolorowo….

byłoby zbyt pięknie, kolorowo….przez ponad miesiąc miałam wspaniałe samopoczucie, które posypało się jak domek z kart. To już 28 tydzień…według niektórych podziałów zaczyna się już 3 trymestr.Co oznacza, że zostało nam już tylko 3 miesiące do końca. Niby nic się nie zmienia, ale jest jakby inaczej. Brzuch mi wysadziło na całego, na wadze przybrałam 9 kg od początku ciąży. Za chwile będzie 10 – to jakaś masakra! A podobno najwięcej tyje się przez 3 ostatnie miesiące! Mam ochotę w ogóle nie jeść!- ale wiem, że nie mogę- Zośka potrzebuje teraz dużo, żeby budować swoją tkankę tłuszczową, która będzie ją ogrzewać jak już wyjdzie na świat. Ale ona też musiała przybrać (podobno waży trochę ponad 1 kg), bo od 3 dni dostaje takich wariacji, że lata mi cały brzuch :) To naprawdę bardzo miłe uczucie :) Ale wracając do tematu to czuję się taka „ulana”, jakbym miała pod skórą gąbkę, albo galaretę. Ohyda! Wszędzie robią mi się odciśnięcia od ubrań i to celulito podobne coś na moich udach i pośladkach :(. Zaczynam się czuć mega nieatrakcyjnie, mimo iż należę do osób które bardzo dbają o swój wygląd :( A od 2-3 dni mam samopoczucie dokładnie takie jak wyglądam- czyli do niczego. Czekałam aż małżon wyjdzie rano do pracy i wyłam sobie jak wilk do księżyca :( Czuję się taka nieszczęśliwa! Tyle we mnie obaw i lęku! Czy dam radę? Czy małżon dopomoże, bo przez ostatnie półtora tygodnia w zasadzie nie ma go w domu, żyje po hotelach, a jak jest to i tak jakby go nie było- taki zapracowany. Ja naprawdę próbuję być wyrozumiała- ale to już trochę mnie przerasta. Łzy same mi się cisną do oczu- ale tak żeby tylko nie zauważył. Próbuję być silna i twarda, ale tak na prawdę w środku rozsypka :( po prostu tęsknię cholernie za moim mężem :( Zosia też- już dawno z nią nie rozmawiał. Nie mówiąc już o tym, że mamusia po prostu potrzebuje chłopa i czuje się niedopieszczona. Ale o czym tu marzyć skoro nie ma kiedy porozmawiać, wyprzytulać, a czasem nawet  zjeść wspólnie posiłku. I taka się czuję samotna. I boję się, że tak samo będzie jak urodzi się Zosia. Zostanę sama z tym wszystkim i nie wiem czy podołam :( Ciężko mi bardzo. I wraca mi ta myśl- sama tego chciałaś, więc teraz nie narzekaj-ale nie tak chciałam. I wyczerpałam już siły, żeby próbować z to zmienić. I idę się położyć.I idę sobie popłakać. I wolno mi- bo w końcu jestem w ciąży. I wam też wolno- jakby ktoś pytał. Trzymajcie się dziewczyny- oby lepiej i mocniej niż ja dzisiaj :(

wieczna sinusoida….

w górę i w dól, w górę i w dół….od kilku dni tylko dół, dół, dól…dawno jeszcze aż tak źle nie było :(  smutno mi bardzo, zaczynamy dziś 19 tydzień- ruchów dzidzi jak nie było tak nie ma ;( a odkąd mi smutno miewam takie wieczorne, krótkotrwałe pobolewania w dole brzucha. Ale najbardziej to mnie mój mąż denerwuje i nie mam ochoty się w ogóle do niego odzywać więc się nie odzywam. Przykro mi, bo ja tak bardzo się staram, żeby było dobrze, żeby był szczęśliwy i niczego mu nie brakowało, żeby czuł się dokochany, dopieszczony, a w drogą stronę to czasami figa z makiem albo i mniej :( eeee nie będę się rozpisywać, nie będę zanudzać. Piszę o tym tutaj, bo jednak mam nadzieję, że to nie ze mną jest coś nie tak- tylko hormony  szaleją i stąd ten smutek i  takie poczucie niesprawiedliwości….

Ale coś z innej beczki- ponieważ mam za sobą już kilka beznadziejnych nocy          ( pomijam niezbyt wygodne łóżko) spowodowanych tym, że nie mogę ( i nie powinnam! ) spać w mojej ukochanej pozycji- czyli na brzuchu, postanowiłam jakoś sobie pomóc w tej kwestii. Poszperałam troszkę i  zajęłam się porównywaniem różnych modeli poduszek do spania dla ciężarnych ( które posłużyć mogą też później do karmienia maleństwa ). Zdecydowałam się na typ kojec ( ale nie firmy Motherhood- tylko tańszy- i właśnie nie wiem czy dobrze zrobiłam).Nie mam porównania, bo nie miałam w rękach innych i  nie widziałam czegoś podobnego u znajomych, ale mogę napisać o moich doświadczeniach z ową poduszką ;) ogólnie moja poduszka ma 170 cm długości, wygięta jest w literę C, wypchana włóknem silikonowym  i muszę przyznać, że bardzo wygodnie mi się z nią sypia ! Nawet mój mąż jest o nią trochę zazdrosny :) Na jednym ramieniu trzymam głowę, dłuższa część przebiega wzdłuż ciała ( z przodu lub z tyłu według upodobań ), a drugie ramię przechodzi między nogami :) Teraz już nie mam obaw, że przekulnę się na brzuch, poza tym nie budzę się co chwilę w nocy :) Ogólnie to czuję się tak przyjemnie otulona. Z czystym sumieniem mogę polecić wszystkim przyszłym mamusiom! Wybór cen i modeli jest bardzo szeroki i każda znajdzie coś dla siebie!