roczek- jedyna taka impreza

Ale mnie tu dawno nie było….zastanawiam się, czy ktoś to jeszcze czyta? W sumie nie ma to aż takiego znaczenia, w końcu ma to być pamiątka dla Zosi :)

Zleciało…impreza bardzo nam się udała! Tyle przygotowań, planowania, raptem 2-3 dni i po wszystkim! Goście dopisali, mięliśmy pełną chatę i było gwarno i wesoło- Zosia przeszczęśliwa- ciągle się coś działo- bo ile można siedzieć tylko z Mami w domu!

Jeśli chodzi o przygotowania to po kalkulacji kosztów, doszłam do wniosku, ze wyjdzie tyle samo ( jak nie mniej!) wynająć catering. Zamówiłam więc zimny bufet i obiad na niedzielę. Miałam firmę z polecenia i wszystko było naprawdę przepyszne! Goście zjechali się w sobotę, a opuścili nas w poniedziałek i wszyscy byli dobrze najedzeni :) Jak sobie pomyślę ile musiałabym stać przy garach dla 11 osób na te dni…to nie wchodziło w rachubę, zwłaszcza, że Zofia niewiele daje mi zrobić w kuchni. Uczepi się nogawy i wyje……Mama musi być tylko dla niej :) Najważniejsza część imprezy odbyła się w niedzielę, bo nie wiem czy wspominałam w ten wyjątkowy dzień (21 czerwiec) odbył się też Chrzest Święty naszej Córeczki. Msza była przepiękna, Zofia bardzo dzielna. Wszystko zostało uwiecznione przez znajomego fotografa. Po mszy był uroczysty obiad i tort z pierwszą świeczką w życiu Zofii.

W związku z tym, że gotowanie mi odpadło, mogłam się skupić na innych rzeczach- dekoracjach i pięknie nakrytym stole. Były serpentyny i balony, a napis „ROCZEK ZOSI” stworzyliśmy z mężem sami przy lampce wina. Ale była frajda- całe lata nie rysowałam kredkami! Wszystko wyszło pięknie! W sumie większość wisi w salonie do tej pory- aż wstyd się przyznać ;)

Cały ten dzień wspominałam…kiedy tylko spojrzałam na zegarek to przypominałam sobie wydarzenia sprzed roku. Bo roczek to nie tylko święto dziecka- ale też jego mamy…. Nie wiem czy jakikolwiek inny dzień w swoim życiu pamiętam tak dokładnie- co do minuty. Wiem dokładnie co się działo o której godzinie. I najwspanialsza godzina 16.43 ……aż łezka się w oku zakręciła….. Nigdy nie zapomnę tej godziny, kiedy to położono mi Zofię na piersiach i usłyszałam najwspanialszy płacz na świecie.

Zleciał nam rok cały. Z małej bezbronnej kruszyny Zofia zamieniła się w dziecko. Już na zawsze odszedł etap noworodka i niemowlaka…. Cieszyć się, czy płakać, że już minęło i nigdy nie powróci….W takich chwilach uświadamiam sobie jak ważne jest to aby czerpać z każdego dnia jak najwięcej, nawet kiedy wydaje nam się, że: Bożeeeeeee to się nigdy nie skończyyyyyyyyyy…..maaaaaaaammmmmmm dośćććććććććććććć! Wszystko się kiedyś kończy. Wszystko mija. Na miejsce starych problemów i zmartwień przychodzą nowe. Tulmy swoje dzieci, tulmy mocno i jak najwięcej- one tak szybko rosną!

 

 

3 miesiące macierzyństwa…

Ale to zleciało….to już 3 miesiące odkąd Zosia jest z nami na świecie! Z tego powodu cały weekend byłam w takim melancholijno-zamyśleniowym nastroju…Wspominałam sobie poród i z perspektywy tych trzech miesięcy śmiało mogę powiedzieć, że były to cudowne chwile! Kit z tym bólem! Zresztą kto jak kto, ale same wiecie, że ja akurat nie powinnam narzekać- (skakanie na piłce do ostatniej chwili swoje zrobiło i rodziłam niecałe 3 godziny- polecam). To była taka magiczna chwila i sama mogłam uporać się ze wszystkimi stereotypami na temat porodu. Rzeczywiście w tych ostatnich chwilach masz w dupie, jak wyglądasz i jak się zachowujesz- oraz to co robisz: posrasz się i to na pewno- no i co z tego? Na nikim nie robi to żadnego wrażenia. Każda tak ma. A, że nie chcieli mi zrobić lewatywy (bo podobno już się nie robi??? powtórzyły mi to 3 różne osoby!) to mięli za swoje…. I faktycznie sam moment wyjścia dziecka na świat nie boli- piszę o tych 2 rzeczach bo z tego co pamiętam były to sprawy, które ” spędzały mi sen z powiek”. Najbardziej bolesne są oczywiście skurcze- a samo posiadanie rozwarcia i przejście dziecka przez kanał rodny to pikuś :) Mogę wręcz śmiało napisać, że nie zapomnę tego niesamowitego uczucia do końca życia…. tego wyślizgnięcia się maleństwa i pierwszego krzyku…i tego pierwszego dotyku kiedy to położyli mi ją na piersi….i tego, że po prostu nie mogłam uwierzyć, że to już! że to Ona! ech………

Jeśli o mnie chodzi to z połogiem poszło bardzo szybko i bezboleśnie. Najbardziej bolesny był brak laktacji i walka o nią. Na szczęście była to wygrana na całej linii! Butelek używałyśmy tylko 3 tygodnie :) Ciężkie były pierwsze razy: pierwsze przewijanie (smolista smółka- brrrrr ), ubieranie (zwłaszcza ubranka nakładane przez głowę- unikać na początku jak ognia!), krztuszenie (flegmą w szpitalu-no bo przecież się już nie odśluzowywuje dzieci!)), pierwsza nieprzespana nocka, pierwsze łzy bezsilności, pierwszy niedający się ukoić płacz, kąpiel, potówki, odparzenia…pierwsza przepłakana podróż samochodem (nawet ta całkiem niedaleka),pierwsze szczepienie… tych pierwszych razy będzie jeszcze cała masa do kolekcji…

Ale są też inne te pierwsze razy….te piękne…te które pozostaną w pamięci do końca życia…pierwszy uśmiechnięty grymas ( ruchy jelit), pierwsze zaciśnięte paluszki wokół naszego palca, pierwszy krótki spacer, pierwsze świadome spojrzenie, pierwsze owocne karmienie, pierwszy prawdziwy uśmiech, pierwsza spokojna noc, pierwsze rozmowy ( ile może wyrazić zwykłe a-guuuu!!!), pierwszy chwyt grzechotki, pierwsze uniesienie głowy,  pierwsze przekulnięcie z brzuszka na plecki, pierwsza sesja….tak to dopiero początek…. :)

Mama- jestem mamą…często smutną..zapłakaną i zasmarkaną…często chodzę w dresie, baaaa! zdarzyło się w pidżamie cały dzień! Często przeklinam w myślach na czym świat stoi ( no dobra- czasem też całkiem głośno). Ale dla tej malutkiej osoby zrobiłabym wszystko. Od pierwszej chwili kiedy na nią spojrzałam!

Zofia- ósmy cud świata dla swojej mamy. Jest najpiękniejszym dzieckiem pod słońcem. Mniej płacze, mniej ulewa. Pięknie gada i piszczy, cudownie i coraz częściej się śmieje, więcej śpi, więcej się ślini, więcej się rozgląda…łapie zabawki i grzechotki w malutkie rączki, a potem próbuje do buzi ( no czasem jeszcze w oko), ssie paluszki- najlepiej swoje i mamy, trzyma już pięknie główkę,  bawi się na macie, lubi patrzeć w lustro, lubi jak mama robi miny i śpiewa (dobrze, że taty nie ma często w domu! ), nie lubi się ubierać, ostatnio płacze w kąpieli i po wsadzeniu do wózka, za to trochę mniej płacze w samochodzie…

Macierzyństwo ma wiele barw….są chwile jaskrawe jak motyle…ale nie brakuje też wszystkich odcieni szarości…Dobija mnie to ciągłe siedzenie w domu, ale nie wyobrażam sobie już życia bez tej małej istoty- dzięki której wszystko nabrało innego sensu.

 

 

trochę wyjaśnienia….

Moje Drogie, żebyście nie myślały, że jest tak pięknie i kolorowo…..Mam jeszcze dużo do napisania o tym co działo się potem, ale czasu mi brakuje. A jak czas znajdę to sił mi brak i litery się zlewają… Teraz jednak chciałabym napisać co nieco, bo chyba wkradła mi się jakaś niekonsekwencja. Pamiętacie moje rozważania na temat wykupienia położnej na poród? Wiecie też, że się zdecydowałam. Jednak sytuacja zupełnie się odmieniła po ostatniej wizycie u lekarza. Zadzwoniłam do mojej położnej i opowiedziała jej o mojej  wizycie, o skierowaniu i okazało się, że potwierdziła to- co wiem o moim lekarzu. Że sam odbiera poród swoim pacjentkom i nikogo do nich nie dopuszcza. Że prócz tego, że jest świetnym ginekologiem to jest też wspaniałym położnikiem, który bardzo sprawnie przeprowadza porody. Potwierdziło się więc wszystko co o nim słyszałam od wielu znajomych i znajomych- dalszych znajomych. Położna ta sama stwierdziła, że nie ma sensu, żebyśmy się umawiały, bo ona i tak nic nie pomoże- bo będę w najlepszych rękach w jakich to możliwe. Ale oczywiście jak na miejscu okaże się, że jest inaczej to mam zadzwonić- ale ona jest przekonana, że nie będzie takiej potrzeby! SZOK- co za uczciwość- osiem stów przeleciało jej koło nosa!

Miała rację. Mój lekarz był wspaniały. Same widzicie jaki miała gładki i szybki poród. Dla mnie znalazła się sala ( bez zbędnego czekania), co chwilę ktoś do mnie zaglądał, on co jakiś czas przychodził mnie badać. Ale jak już się zaczęło to był przy mnie cały czas. Od początku- do samego końca. On mnie też mnie zszywał ( zrobił to PIĘKNIE!). Dzięki niemu miałam też salę 2 osobową na położniczym ( z inną jego pacjentką) przy samej dyżurce pielęgniarek. Zaglądał do nas codziennie. I żeby było jasne- nic nie dostał w łapę. I z tego co wiem nigdy nie przyjmuje ani przed ani po. Zgadza się- brał za każdą wizytę 150 zł ( ale inny profesor  z mojego szpitala bierze 350!!!!!), ale to chyba niewiele za takie przeżycia i komfort????? Bo ja widziałam jak traktuje się pacjentki niczyje :(  to przykre- ale taka prawda. Rozmawiałam z jedną rano na korytarzu- chodziła po korytarzu i gimnastykowała się w dziwnym rozkroku- powiedziała, że czeka na rozwarcie. Jak wieźli mnie koło 18 na położniczy to widziałam ją po drodze jak nadal łaziła. Cały dzień!!!!

Chciałam Wam tylko powiedzieć, że może jednak warto poszukać lekarza ze szpitala w którym zamierzacie rodzić. Wiem jedno- jestem mu niezmiernie wdzięczna i jak będę szła na następną wizytę ( koło 30 lipca- po połogu) to podaruję mu kosz kwiatów od całej naszej rodziny i pysznego torta. Nie mam innego pomysłu. A może Wy macie?

jest , jest już ze mną !!!!

Dziewczyny kochane! Z całego serca przepraszam za opóźnienie- ale same chyba rozumiecie :) Zosia zajmuje cały mój czas :) Jestem wykończona- ale jak bardzo szczęśliwa!!!!!

ale od początku……

…21 czerwca (sobota) wstaliśmy skoro świt z mężem i po delikatnym śniadanku udaliśmy się na 8.00 do szpitala.Pieszo, spacerkiem, z walizką na kółkach :) Roześmiani i szczęśliwi :) Na izbie przyjęć czas wlókł się niemiłosiernie…te  wszystkie formalności!!!! I ta nieprzyjemna baba! Zrobili usg ( okazało się, że mała może mieć od 3500 do 3800!) i kazali czekać…Niestety tutaj też okazało się, że nie praktykuje się już podawania lewatywy kobietom do porodu. Byłam tym faktem bardzo zniesmaczona ! Bo ja nastawiłam się, że jednak będę taką miała… ( chyba miałam czuja- bo wieczór wcześniej czopki glicerynowe poszły w ruch! Aż strach pomyśleć co by to było…..) Potem przebraną w szpitalne ciuszki zabrali mnie na oddział porodowy i kolejne formalności, ankiety, badania- ile tego??? i znowu czekanie na wolną salę porodową, atrakcji co niemiara- co chwila wrzaski i krzyki ;)….koło 10 zwolniła się sala nr 3 :) Od razu mnie tam ulokowano, rozpakowaliśmy się, wenflon, podłączenie do ktg ( od teraz aż do końca) i czekamy na lekarza. Przyszedł, zbadał,a tu rozwarcie na 3,5 cm! Postanowił szybko podać oksytocynę za pomocą pompy- start- godzina 11.Przez pierwsze 2 godzinki nic się nie działo- mięliśmy z mężem kupę śmiechu z tego co dzieje się za drzwiami :) Nagle o 13. 20 poczułam jak robi mi się ciepło między nogami!!!! Zsikałam się? Nie! Wody mi odeszły!!!!! I tak lało się i lało ( nie sądziłam, że tyle tego będzie!) Tak minął nam czas do 14. To co było potem…..hmmm…zdecydowanie przestało mi być do śmiechu…skurcze były coraz silniejsze i trudne do zniesienia, nasilały się bardzo, bardzo szybko. Już nawet bujanie i skakanie na piłce było nie do wytrzymania… Ale i tak miałam szczęście bo nie dowiedziałam się co to są bóle lędźwiowe.Chwile przed tym jak przyszedł mój lekarz mam już „zaniki pamięci”- miałam wrażenie, że tracę przytomność z bólu… Położyli mnie na łóżko i doktor mnie zbadał ( było to najgorsze badanie jakie miałam kiedykolwiek!)- 6 cm ! Pamiętam jak powiedział, że o 17.15 będzie po wszystkim, potem już tylko urywki. Mój mąż spisywał się bardzo dzielnie, nie mogłam mieć lepszego pomocnika! Wiedział czego potrzebuję i jak mi pomóc. Dostałam  znieczulenie (dolcontral) i nie wiem kiedy- zaczęło się! Pamiętam jak mój lekarz z położną instruowali mnie co robić i jakie to było trudne! Za dużo wszystkiego i te bóle! Nie do ogarnięcia i sił coraz mniej! A najgorsze, że miałam bardzo krótkie skurcze i zanim zaczęłam przeć już było po skurczu. Jeden wielki ból, ostry ból w kroczu (nacięcie), a miałam wrażenie, że to znieczulenie wcale nie zadziałało! Nagle w którymś momencie poczułam takie chlup!!!! i ulga!!!! Rzeczywiście jest tak, że samo przejście dziecka wcale nie boli! Poczułam tylko jak coś się wyślizguje. Chwilę po tym maleństwo wylądowało na moich piersiach :) Była godzina 16.43. Nie mogłam uwierzyć, że to już! Że to jest moja córeczka! To bardzo wzruszający moment, miałam łzy w oczach- podobnie jak mąż :) I teraz też mi się zebrały  na samą myśl o tej chwili…Maleńka była długo u mamusi, czekaliśmy na łożysko, lekarz podał jeszcze znieczulenie miejscowe i zszył mi krocze.  Dopiero potem wzięli ją na badania i pod lampę. Zosia ma 3640 g :) Dostała 10 w skali Apgar i jest zdrowa i śliczna! Ja tych ostatnich chwil nie pamiętam dokładnie, bo znieczulenie zaczęło działać i miałam niesamowity odlot, zasypiałam co chwilę i nie bardzo wiedziałam co się dzieje. Wiele rzeczy dowiedziałam się od męża :) Przewieźli nas na salę obserwacyjną i dopiero tam odzyskiwałam świadomość. Tam również pierwszy raz przystawiłam dziecko do piersi. Niesamowite uczucie! Jak doszłam do siebie to trafiłyśmy na  oddział położniczy III (287). Współlokatorka już czekała ze swoim skarbusiem Stasiem- również urodzonym dzisiaj, ale koło 12 przez C.C. Właśnie tak przyszła na świat najpiękniejsza i najcudowniejsza istotka na całym świecie! :) Dziewczyny zakochałam się! Zakochałam się od pierwszego wejrzenia jak spojrzałam w te ciemne, zapuchnięte oczęta i na te ciemne, gęste włoski :)

nadszedł czas…. to 40 tydzień

Dokładniej 39 +4… Termin porodu mam za 3 dni.Byłam dziś na ostatniej wizycie u mojego lekarza. Nie ukrywam szłam z lękiem…Nie wiedziałam co powie. Ostatni raz badał Zosieńkę i mnie. Na szczęście wszystko jest w porządku. Zosia ma ok 3500- porządna, zdrowa dziewczynka :) Oczywiście waga jest tylko szacunkowa na podstawie USG. Mamusia ma na plusie 15 kg, ale tragedii nie ma, wizualnie rzeczywiście większość poszło w brzuszek i piersi. Mam też rozwarcie ok 2 cm, ale skurczów brak ( KTG nic nie wykazało). Mój lekarz określił mój stan jednym krótkim zdaniem:

i co??? Czas już rodzić!

I wypisał mi skierowanie do szpitala na oddział porodowy. Na sobotę- godzina 8.00. Domyślam się, że ma w ten dzień dyżur i chce mnie objąć opieką ( z tego co wiem właśnie tak robi ze swoimi pacjentkami). Podejrzewam, że jeśli nic się nie wydarzy do tej pory to będę miała poród wywoływany oksytocyną….Czuję ogromny strach, który miesza się z  podnieceniem. Mój mózg pracuje na najwyższych obrotach. Czy wszystko już gotowe??? Wstawiam ostatnie pranie, żeby mąż miał czyste skarpetki i koszule ;) Mieszkanie już wysprzątałam dzisiaj. Kołyska zaścielona, gondola zaścielona…Jeszcze raz poukładam w torbie do szpitala….Jestem tak nakręcona, że nie wiem czy dzisiaj zasnę! Chociaż zdrowy rozsądek podpowiada mi, że powinnam przespać te najbliższe 2 dni, bo takie chwile już nigdy nie wrócą. Strasznie się denerwuję!

To mój ostatni wpis w stanie błogosławionym… Dziewczyny trzymajcie kciuki. Jak tylko będę miała chwilę dam znać co się działo. Bo oczywiście zakładam, że wrócimy na początku następnego tygodnia do domu. Razem. Ja i Zosia. Zosia i Ja. I oczywiście Tatuś :) Całuję i życzę wytrwałości tym które dopiero zaczynają swoją podróż….