kolejne łzy rozgoryczonej matki

I tym razem nie są to łzy szczęścia :( i smutno mi i jestem nieszczęśliwa i pewnie jak to przeczyta mój małżon to uśmiechnie się pod nosem ( z czego HA?) Ciężko mi, chyba jestem przemęczona. Odkąd urodziła się Zofia nie potrafię spać w dzień. Chociaż kiedyś nie miałam z tym najmniejszego problemu. A teraz jest tyle do zrobienia! Zofia też znowu nie śpi w dzień :( Jeśli to ciąg dalszy tego cholernego skoku to chcę żeby on już sobie poszedł! Zośka przysypia mi tylko przy cycu (i to max pół godziny-40 min). Budzi się po to żeby mamie pomarudzić i popłakać (powyć wręcz czasem!), zmieniamy pieluchę, znowu cyc i drzemka- i tak w kółko… Tym sposobem siedzę cały dzień, nieumyta i głodna (sama jestem) we wczorajszych dresach i wszystkiego mi się odechciewa…próbuję dla mojej córki zatańczyć nawet na rzęsach, a i tak nic to nie daje :( Jeszcze do niedawna wieczór przynosił ulgę i chwilę wytchnienia- ale od paru dni jak po kąpieli idziemy w nasze miejsce na wieczorne karmienie to wrzask jakby mi córkę ze skóry ktoś obdzierał! Każdego dnia zaskakuje mnie siła i natężenie jej wrzasku! Zachowuje się jakby ją parzył nawet cycuś!!! I tak usypianie 2 miesięcznego niemowlaka trwa ostatnio 3 godziny :( Siedzę wieczorem na naszym fotelu do karmienia jak na karnym jeżu i ryczę….Mój mądry mąż zapytał mnie ostatnio z nutą rozbawienia chyba: Macierzyństwo daje Ci w kość? No zabawne- ale daje…

Żeby to chociaż ta głupia baba miała do kogo gębę otworzyć i komu się wyżalić…to po co! siedzi sama z dziecięciem i nawet tymi wieczorami co w ciemności próbuje łzy gorzkie ukoić- siedzi..sama.. godzinę..dwie… bo praca ważniejsza, bo telewizor jest w salonie…może przyjdzie, może nie…lepiej niech nie przychodzi bo będzie marudzić, narzekać, albo co….prawda ? gówno prawda.

A matka potrzebuje! Bo na głowę dostanie. A co gorsza przestanie cieszyć się życiem.

A mężowi zaczyna pasować, że córa nasza wpatrzona w matkę jak w święty obraz- u nikogo innego nie spędzi w ramionach dłużej niż 5 minut, więc jak zaczyna marudzić to siup! idz do mamy. Niech się mama buja. znowu. Po co się wysilić i córkę próbować zabawić, pobawić żeby matka chwilę odetchnęła? Przecież matka to terminator!!!

A matka to NIE terminator! Ani batman czy spiderman. Nie ma żadnych nadludzkich sił, ani zdolności.  I bywa wykończona. Ale jest matką..i zawsze nią będzie…zawsze musi dać radę… czasem tylko mógłby ktoś wesprzeć…pogłaskać…pomyziać…przytulić…żeby wiedziała, że ktoś te wysiłki zauważa i docenia. tylko tyle….

o wspólnym przygotowaniu do porodu

Mój mąż dużo pracuje i bardzo często nie ma go w domu. Oczywiście z racji tego, że jesteśmy na końcówce- jego wyjazdy są teraz bardzo ograniczone (huurra!). Jeśli śledzicie moje wpisy to wiecie, że mąż uczestniczył ze mną na zajęcia w szkole rodzenia i chodził na wszystkie wizyty u lekarza. Pisałam też pewnie o tym, że praktycznie od samego początku ustaliliśmy, że mąż będzie obecny przy porodzie i wcale nie dlatego, że nalegałam czy go zmuszałam- ale sam z siebie podjął taką decyzję- co ogromnie mnie ucieszyło. Oczywiście miałam wiele obaw z tym związanych, ale On rozwiał wszystkie. Nic go nie brzydzi i nie przeraża- tak twierdzi. A ja mu wierzę, bo tego Wam chyba nie pisałam, ale mój ukochany ma już jeden poród ze swoją pierwszą żoną za sobą ( tak, tak ja jestem żoną numer dwa ;) ) I bardzo dobrze wie czym to „pachnie”. Ale ja akurat z tego faktu jestem zadowolona :) Ostatnio usiedliśmy razem i zaczęliśmy rozmawiać o porodzie- ustaliliśmy, że do szpitala pojedziemy taksówką (bo nie ma tam parkingu, a mąż nie będzie co chwilę biegał do parkometru), przejrzał moją listę rzeczy do szpitala i walizkę, aby wiedzieć gdzie, co i po co? Poczytaliśmy również wspólnie o porodzie, bo bardzo mi zależało, żeby wiedział co w danym momencie się dzieje, bo ja  mogę być w tym momencie niezbyt kumata ;) Popatrzyliśmy razem na zdjęcia i filmy. Znaleźliśmy też sporo specjalnych informacji dla tatusiów obecnych przy porodzie- jak wspomóc kobietę w tej ciężkiej chwili.- masażem, dobrym słowem ( ;) ) czy pomocą w oddychaniu. Jasno określiłam czego od niego oczekuję i czego absolutnie nie chcę. Oraz to czego oczekuję w szpitalu od personelu, żeby potrafił działać w moim imieniu.

Postanowiłam również napisać do męża list, który będzie mógł przeczytać dopiero jak Zosieńka  z mamą będą w szpitalu. Zawarłam tam kilka praktycznych wskazówek aby nic mu nie umknęło odnośnie przygotowania domu do naszego przyjazdu, zakupów i formalności, które będzie musiał załatwiać. W ten sposób będę mogła zająć się Zosią, a nie myśleć co tam jeszcze do zrobienia zostało i czy mój kochany o niczym nie zapomniał. Oszczędzając tym samym nerwów mnie i jemu :)

Nie pisałam chyba również o tym, że od kilku tygodni praktykujemy masaż krocza. Razem. Bo mi przez rozmiar mojego brzucha to jest niezbyt wygodnie. Masaż ten ma uelastycznić skórę ułatwiając jej rozciąganie. Podejrzewam, że i tak nie uniknę nacięcia ( bo w moim szpitalu robią to rutynowo), ale można sobie jakoś pomóc. Zainteresowane techniką tego masażu ( a wieczorkiem po kąpieli bywa on barrrrdzo przyjemny ;) ) odsyłam do wujka Googla.

Dziewczyny postanowiłam napisać Wam o tym wszystkim aby zachęcić Was do tego, aby przeżywać ciążę razem ze swoim partnerem. Oczywiście są i tacy- którzy będą bronili się rękami i nogami, ale wydaje mi się że często wynika to z ich niewiedzy. Często też spotykam się z opinią, że ciężarne zamykają się w sobie i odsuwają swoich partnerów od tematu ciąży i wszystkiego dookoła- łącznie ze sobą- myśląc: a co on tam może wiedzieć. Przede wszystkim podstawą jest rozmowa. Mówcie o swoich zmartwieniach i obawach i jasno określajcie czego oczekujecie. Przypominam Wam, że żaden facet nie umie czytać w myślach. Próbujcie angażować swoich ukochanych w ” życie płodowe” i absolutnie nie bierzcie wszystkiego na siebie.To Wam wyjdzie tylko na dobre :) Pozdrawiam wszystkie Mamusie i oczywiście wszystkich Tatusiów !!!!

dziecko- jaki wpływ ma na związek? cementuje czy rozbija?

Siedzę sobie i słucham Mozarta w wersji dziecięcej i tak nachodzi mi tyle myśli…Jak już zasypiałam wczoraj wtulona w męża powiedziałam mu, że boję się, że jak się urodzi dziecko to wszystko się zmieni i popsuje się to, co jest między nami. Bardzo się tego boję, wręcz panicznie!!!!     Kiedyś mówiło się, że dziecko scala rodzinę, albo,że dziecko uratowało czyjeś małżeństwo. A jak jest teraz?? Jeszcze za czasów studiów, kiedy nie planowałam jeszcze założenia rodziny, poczyniłam pewne obserwacje, które kontynuowałam jeszcze przez wiele lat, w zasadzie do tej pory. Prawda jest taka, że w gronie moich najbliższych znajomych i przyjaciół jestem jedną z ostatnich osób która zdecydowała się na świadome założenie rodziny, więc miałam co i kogo obserwować ;)  Niestety moje spostrzeżenia nie są optymistyczne :(  Zauważyłam bowiem, że praktycznie w każdym przypadku pojawienie się dziecka rujnuje każdy, nawet najbardziej udany związek i powoduje kryzys. Oczywiście nie u wszystkich par wygląda to w ten sam sposób. Niektórzy tracą silną więź od samego początku, inni po roku albo i później od pojawienia się dzidziusia. Jeszcze inni zamykają problem w 4 ścianach, w domu w ogóle ze sobą nie rozmawiają, a przed całym światem udają, że jest ok. To takie przykre !!! Zastanawiam się czym to jest spowodowane….Pomijam skrajne sytuacje kiedy kobieta świadomie, albo i nie- odsuwa swojego partnera od siebie, bo całym światem jest teraz ten kochany maluszek. Albo takie sytuacje kiedy kobieta od momentu zajścia w ciąże odmawia mężowi współżycia ( pomijam oczywiście sytuacje kiedy takie są zalecenia lekarskie) i biedny facet ma ponad rok czasu abstynencji- to nic dziwnego, że dostaje na głowę ( i główkę ;) ). Chodzi mi o takie sytuacje, gdy mimo usilnych starań z obu stron, coś zaczyna zgrzytać między ludźmi, przestają ze sobą rozmawiać, co skutkuje, że coraz częściej wybucha między nimi nagromadzone przez parę dni ciszy- złość i napięcie. Potem odwracają się do siebie plecami i każde zaczyna żyć swoim życiem… Kobieta wtedy zatraca się w dziecku ,a facet w pracę i karierę zawodową. Czyli kobieta dzielnie jak to przystało na Matkę Polkę- siedzi z dzieckiem sama w domu, w przeciwieństwie do faceta który akurat ma coraz więcej „pracy” i „nadgodzin” nie mówiąc już o „delegacjach”.  A jeśli już rozmawiają to jest to rozmowa w stylu: ona: kup pieluchy, bo się skończyły! i Chusteczki nawilżane. On: Ale jakie? Ona: Jak to jakie? Cały czas używamy tych samych, a ty jak zwykle nie wiesz…. i wszystko zaczyna się od początku…. I najgorsze jest to, że tak wiele razy słyszałam ( najczęściej ze strony facetów): gdybym wiedział jak będzie, nigdy bym się na to nie zdecydował. Nie popełniaj tego błędu!   NO i co tu myśleć???? Nawet ” moja wzorcowa” para przyjaciół, którzy jeszcze wiele lat po ślubie byli w siebie tak zapatrzeni, że czasami aż się niedobrze robiło od tej słodyczy- po urodzeniu  dziecka doczekali się kryzysu ( na szczęście Bartuś ma już 3 latka i od jakiegoś czasu wszystko wraca między nimi do normy) , który mocno ukrywali, ale wydało się ;)

Czy musi tak być ???? Napiszcie jak było u was, czy istnieją jakieś złote środki????? Tak boję się, że „stracę” męża :( Staram się angażować go we wszystkie sprawy związane w ciążę, dużo rozmawiamy, ale co jeszcze można zrobić?