pierwsze objawy niepokoju

Święta minęły, majówka minęła….teraz to już pozostało mi czekanie…rozpoczęłam 34 tydzień. Ubranka dla Zosi już wyprane, prasowanie jeszcze mi zostało. Fotelik zamówiony. Myślę jeszcze o zakupie farelki na kąpiele dla małej. Nasza sypialnia gdzie będzie kąpana (w łazience choć ciepło i przytulnie- miejsca brak!)  jest pokojem frontowym w bloku i dodatkowo na stronie wschodniej- dla mnie super bo słonko grzeje do  11 a potem jest przyjemnie i chłodno- ale dla Zośki może być wieczorami zdecydowanie za chłodno. Chociaż oczywiście mam twarde postanowienie żeby jej nie przegrzewać i wręcz hartować. Jak się ma jedno do drugiego- nie wiem.

Jesteśmy z mężem po ostatniej podróży tylko we dwoje (w sumie to już we troje ;) ). Takie romantyczne  mini wakacje nad morzem. Pogoda średnia, najważniejsze, że nie padało :) Było cudownie :) Niestety w dzień powrotu wieczorem ogarnął mnie mega niepokój…miałam nadzieje, że do rana mi przejdzie, ale wcale nie przeszło- było jeszcze gorzej. Uświadomiłam sobie, że tak mało czasu mi zostało- a ja wcale nie czuję się gotowa. Kołatała mi w głowie tylko jedna myśl- nie poradzę sobie, wcale sobie nie poradzę, nie mam o niczym pojęcia. Boję się, nie wiem co będzie dalej, nie wiem co mnie czeka, na pewno sobie nie poradzę, nie nadaję się do tego… Wcale nie chciało mi się wstać, chociaż była niedziela i piękne słoneczko za oknem. Łzy mi leciały wielkie jak grochy i nie mogłam ich powstrzymać. Czułam się taka bezsilna i bezradna. A myśl, że mogę urodzić w każdej chwili stała się tak przerażająca, że na samą myśl miałam ochotę krzyczeć- tylko nie to!!!! ja nie chce! zabierzcie to ( dziecko) ode mnie!!!!!! Przecież ja nie umiem, nie dam radyyyyyyyyyyyyyyyyyy…….. :(   Na całe szczęście moje mąż był tego dnia w domu i potrafił rozładować moje smutki i nerwy i obrócić je w żart. Wyprzytulał i wycałował zapuchnięte oczy, a mnie po malutku  puszczało…. Jednakże muszę przyznać, że za każdym razem jak pomyślę, że to już całkiem niedługo to robię się nerwowa… Przeczytałam gdzieś ostatnio bardzo mądre słowa o tym, że nawet gdyby ciąża trwała dwa razy dłużej- to i tak nie czułybyśmy się w pełni przygotowane na to wydarzenie. I w pełni się z tym zgadzam, nie pomogą tu dziesiątki przeczytanych poradników (piszę tu o sobie) ani artykułów. Do samego końca macierzyństwo będzie jedną wielką niewiadomą, bo nic nie można przewidzieć…

nie może być zbyt kolorowo….

byłoby zbyt pięknie, kolorowo….przez ponad miesiąc miałam wspaniałe samopoczucie, które posypało się jak domek z kart. To już 28 tydzień…według niektórych podziałów zaczyna się już 3 trymestr.Co oznacza, że zostało nam już tylko 3 miesiące do końca. Niby nic się nie zmienia, ale jest jakby inaczej. Brzuch mi wysadziło na całego, na wadze przybrałam 9 kg od początku ciąży. Za chwile będzie 10 – to jakaś masakra! A podobno najwięcej tyje się przez 3 ostatnie miesiące! Mam ochotę w ogóle nie jeść!- ale wiem, że nie mogę- Zośka potrzebuje teraz dużo, żeby budować swoją tkankę tłuszczową, która będzie ją ogrzewać jak już wyjdzie na świat. Ale ona też musiała przybrać (podobno waży trochę ponad 1 kg), bo od 3 dni dostaje takich wariacji, że lata mi cały brzuch :) To naprawdę bardzo miłe uczucie :) Ale wracając do tematu to czuję się taka „ulana”, jakbym miała pod skórą gąbkę, albo galaretę. Ohyda! Wszędzie robią mi się odciśnięcia od ubrań i to celulito podobne coś na moich udach i pośladkach :(. Zaczynam się czuć mega nieatrakcyjnie, mimo iż należę do osób które bardzo dbają o swój wygląd :( A od 2-3 dni mam samopoczucie dokładnie takie jak wyglądam- czyli do niczego. Czekałam aż małżon wyjdzie rano do pracy i wyłam sobie jak wilk do księżyca :( Czuję się taka nieszczęśliwa! Tyle we mnie obaw i lęku! Czy dam radę? Czy małżon dopomoże, bo przez ostatnie półtora tygodnia w zasadzie nie ma go w domu, żyje po hotelach, a jak jest to i tak jakby go nie było- taki zapracowany. Ja naprawdę próbuję być wyrozumiała- ale to już trochę mnie przerasta. Łzy same mi się cisną do oczu- ale tak żeby tylko nie zauważył. Próbuję być silna i twarda, ale tak na prawdę w środku rozsypka :( po prostu tęsknię cholernie za moim mężem :( Zosia też- już dawno z nią nie rozmawiał. Nie mówiąc już o tym, że mamusia po prostu potrzebuje chłopa i czuje się niedopieszczona. Ale o czym tu marzyć skoro nie ma kiedy porozmawiać, wyprzytulać, a czasem nawet  zjeść wspólnie posiłku. I taka się czuję samotna. I boję się, że tak samo będzie jak urodzi się Zosia. Zostanę sama z tym wszystkim i nie wiem czy podołam :( Ciężko mi bardzo. I wraca mi ta myśl- sama tego chciałaś, więc teraz nie narzekaj-ale nie tak chciałam. I wyczerpałam już siły, żeby próbować z to zmienić. I idę się położyć.I idę sobie popłakać. I wolno mi- bo w końcu jestem w ciąży. I wam też wolno- jakby ktoś pytał. Trzymajcie się dziewczyny- oby lepiej i mocniej niż ja dzisiaj :(

o mamie, która się boi…

Czas leci jak szalony, niby jestem cały czas w domu- a nie mam kiedy się ponudzić. Tak sobie organizuję zajęcia, aby mieć czas na wszystko. Ostatnio często też odwiedzam rodziców. 25 tydzień…brzuszek już całkiem widoczny i wreszcie wyglądam jak kobieta w ciąży, a nie z zatłuszczoną oponą na brzuchu :) Wiosna przyszła i świat wydaje się piękniejszy. Staram się korzystać z tego ile wlezie! Nie zawsze mi to wychodzi, bo tyle zmartwień w mojej głowie! Ile tych myśli się kłębi…. Wiecie co, podzielcie się jak to było u was- mam 25 tydzień- Czuję moją Zośkę, ale nie wiem- wydawało mi się, że w takim tygodniu powinna harcować w brzuchu na całego, bo ma jeszcze tyle miejsca, a ona tymczasem jest bardzo grzeczna i spokojna i wcale mi nie dokucza. Czy to możliwe, że jest takim spokojnym dzieckiem i nie wierci się za bardzo ??? A już jak zaczyna się wiercić i kładę rękę na brzuchu, żeby ją poczuć to od razu się uspokaja, Tatuś tak samo- jeszcze ani razu nie dostał od niej kopniaka! Złośnica z tej mojej córci!

Nawiedzają mnie też sny…żeby to były sny- ale to są koszmary! Że nie mam mleka, że nie umiem przystawić dziecka do piersi i mała głoduje i płacze- a ja nie wiem co robić! Boję się, bo ja całe życie naprawdę boję się noworodków i nigdy takiego świeżo wyklutego nie brałam na ręce bo mnie przerażał- jak już robiły się sztywniejsze to i owszem- ponoszę- ale takiego małego……ja nie wiem czy dam radę ???? skąd będę wiedziała o co jej chodzi???… a jak będę się bała cokolwiek przy niej robić?przewijać, kąpać, przebierać, przytulać….niby wiem w teorii jak to robić- ale rzeczywistość to rzeczywistość! A jak zrobię jej niechcący krzywdę???  :(  nic w ogóle nie będę umiała i przeraża mnie to…że będę złą matką, bo zupełnie nie będę wiedziała co robić :( Czy wy też tak miałyście? czy tylko ja jestem jakaś opętana…

Myślałam, że pomogą mi zajęcia w szkole rodzenia, które zakończyliśmy w ostatni piątek, ale to podziałało tylko na chwilę. Mimo, że pokazano nam na zajęciach na małym Franku ( lalka niemowlak) podstawy pielęgnacji i każdy mógł spróbować przewijania i kąpieli to i tak czuję się bardzo niepewnie. Swoją drogą naprawdę polecam szkoły rodzenia zwłaszcza mamusiom bez doświadczenia- tak jak ja :) Co prawda refundowane zajęcia mają mało godzin, ale naprawdę dużo ciekawych rzeczy się dowiedziałam, od położnych które prowadziły tam zajęcia. Bardzo polubiłam też moją przyszłą położną od wizyt patronażowych- na którą się zdeklarowałam zapisując się na te zajęcia. To był bardzo dobrze spędzony czas, który spędziłam tam razem z mężem :)

ciąża i stany nie do zniesienia….

Mam kilka koleżanek dalszych i bliższych które pierwszą ciążę mają już za sobą, ale jakoś nie pamiętam żeby któraś się żaliła….Bo ja to nie wiem czy ja jestem normalna??????? Ale z drugiej strony zwiedziłam niektóre fora dla zaciążonych i jest cała masa dziewczyn które czują się podobnie, choć może nie do końca. Bo ja wiem, chciałam mieć dzidziusia i przecież czułam się gotowa i staraliśmy się z mężem – na szczęście nie za długo, ale mam takie dni, że czuję się taka nieszczęśliwa i niezadowolona z tego co mam. Dlaczego wmawiają nam, że ciąża to taki piękny stan, kobieta pięknieje ( gdzie te moje piękne włosy, skóra i paznokcie????) promienieje i może góry przenosić? Bo ja się wcale tak nie czuję, czasem mam poczucie, że tak wiele mnie omija przez mój stan, z tylu rzeczy muszę zrezygnować, robię się coraz grubsza ( chociaż jak na razie aż tak źle nie jest, bo nadal nie mam apetytu) i za chwilę będę wyglądać i ruszać się jak koczkodan, mój mąż wychodzi rano i wraca późnym popołudniem albo i wieczorem i ma jeszcze pretensje, że pytam co się działo w pracy i gdzie był (można rzec ze jest przedstawicielem handlowym i całe dnie spędza za kierownicą) nic mi się nie chce, jesień za oknem okropna i nawet się z domu nie chce wychodzić i co tu dopiero mówić o jakiejś aktywności. Czuję się sama ze swoimi myślami, a myśli mam czarne jak smoła. Przeryczałam przedwczoraj praktycznie cały dzień, pokłóciłam się z mężem. I jak ktoś mi mówi, że to hormony to gotowa jestem rozszarpać za to- nie można całej winy zganiać na hormony!

A już nie wspomnę że chyba ulatnia się gdzieś mój instynkt macierzyński, gdzie on jest- czy ktoś go widział???? ktokolwiek widział, ktokolwiek wie???? Jak słyszę w sklepie jakieś beczące dziecko to Bóg mam nadzieje mi wybaczy moje złośliwe myśli, a już nie wspomnę o dzieciach moich koleżanek które rykiem próbują wszystko wymusić, skaczą po kanapach całe dnie, krzyczą bez powodu, wszystką muszą dotykać tymi swoimi małymi łapkami, połowę popsuć przy najbliższej okazji, wszędzie gdzie się pojawią zostawiają za sobą krajobraz nędzy jak po wybuchu bomby atomowej lub giga tornada o prędkości światła i nie dość że ciągle się brudzą- zasmarany nos, pozasychane jedzenie wokół buzi, która nigdy nawet na chwilę się nie zamyka, nie wspominając o brudnych rączkach, które tylko czekają aby wybrudzić czyste spodnie, ścianę albo fotel lub kanapę….mogłabym tak bez końca……doprowadza mnie to do szałuuuuuuuuuuuuuuuu…..przecież ja nie nadaję się na matkę!!!! czy ja sobie poradzę?????? mój instynkcie wróć do mnie, proszę!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!