zapamiętaj na zawsze droga Matko!

 

„Wasze dziecko pewnego dnia wyrośnie z pieluch. Obiecuję. Pewnego dnia będzie już za duże na wasze kolana. Pewnego dnia nie będziecie musieli go wyciągać rano z łóżka. Pewnego dnia wejdziecie do jego pustego pokoju i będzie skłonni oddać wszystko, aby TEN dzień wrócił. TEN dzisiejszy dzień – z całym jego zmęczeniem, chaosem i śmiechem. Odpuszczajcie więc małe rzeczy. Przytulajcie wasze dziecko. Zostańcie z nim i pobawcie się trochę dłużej. Budujcie więź. Twórzcie wspomnienia. Piękne wspomnienia. Wspomnienia, do których będziecie wracać, gdy te małe rączki, które dziś trzymacie, odejdą.”

Źródło: Positive Parenting: Toddlers and Beyond.

www.blogojciec.pl

Kiedy zobaczyłam i przeczytałam te słowa poczułam się jakby ich autor siedział w mojej głowie. Jakby ubrał w słowa moje myśli i uczucia. Słowa te przywołał u siebie blogujący ojciec.Swoją drogą bardzo lubię tego gościa. Mężczyzna w parentingu to rzadkość. Często tam zaglądam.

Często o tym myślę. I teraz kiedy każdego dnia czuję, że czas leci naprawdę bardzo szybko myślę o tym jeszcze częściej i mocniej. Mam momenty, że trudno mi się z tym pogodzić. Ale to mi pomaga. To pomaga mi cieszyć się każdym dniem spędzonym z moim dzieckiem. Nawet tym najgorszym, najbardziej marudnym, tym po zarwanej nocce. Kiedy jest już tak źle, że mam poczucie, że jeszcze chwila i zwariuję. Albo, że mam już tak serdecznie dość, że wyskoczyłabym przez okno gdyby nie to, że mieszkam na parterze. Są takie dni. Wy też je macie. Każdy ma prawo takie mieć. Nie jesteśmy idealni. Jesteśmy tylko rodzicami.

I teraz kiedy zdałam sobie z tego sprawę- każdy dzień mnie cieszy. Każdego dnia coraz częściej trzymam moją córkę na rękach, pomimo tego, że jest coraz większa i cięższa. Pozwalam jej wtulać się we mnie, a ja, ściskając ją,  wącham jej śmieszne, powycierane włoski. Nigdy nie odmawiam kiedy mnie potrzebuje.

Bo przyjdzie taki dzień- kiedy nasze dzieci nie będą chciały być już brane na ręce. Nie będą chciały siedzieć na kolanach. Nie będą potrzebować naszej dłoni. I buziaka też nie będą chciały nam podarować….”…no Mamo! weź przestań- siarę mi robisz….”

pamiętajcie.

na huśtawce…

tak właśnie się czuję… jak na huśtawce! Raz w górę, raz w dół z dużą częstotliwością…aż czasami kręci mi się w głowie od tych wahań…Ogólnie nastały u nas gorsze dni….nie wiem- może to kolejny skok rozwojowy ( teraz 3 -no w sumie to prawie 12 tydzień- więc możliwe!). Zofia ma takie perfidne dni..ostatnio cały dzień trzymałam ją na rękach, a ona wciąż płakała…a ja razem z nią. Brakuje mi już sił normalnie. Nie wiem co robić w takich chwilach! Co ja robię źle? Czy coś zjadłam nie tak, czy coś ją boli ? Ryczę nad sobą, bo czuję się bezsilna….ryczę nad Zośką bo ma głupią matkę, która jej zupełnie nie rozumie. Zła, niedobra, wyrodna…..Czasami wściekła i musi się na chwile oddalić, żeby te łzy złości wylać jak najszybciej….Bo mi już młoteczek i kowadełko dobrze w uszach nie pracuje- nie wspominając o bębenku….masakra.. te wibracje tak podnoszą mi ciśnienie i głupieje już zupełnie….zmieniam pieluchę, karmię, tulę, kocham, potem rzyg i kolejny ( coraz więcej i coraz częściej  mi to moje dziecko ulewa…) to jak był rzyg to musi być i  czkawka i tak w kółko….nie wydaje mi się żeby ją bolał brzuszek, ale już sama nie wiem i czasem i krople podaję (sab simplex lub bobotic). Oczywiście są lepsze chwile, że moja córka ma dobry humor, chwilkę się pośmieje, pobawi, ale trwają one tak krótko, że nie zdążę się nimi nacieszyć….I już te usteczka w grymas się wyginają ( odwrócona podkowa) i już wiem…znowu się zaraz zacznie….

Ale miało być o huśtawce…jest i druga strona tego medalu…bo prócz tego nagromadzenia negatywnych emocji i bólu uszu to są we mnie jeszcze inne pokłady emocji..tych ciepłych i pozytywnych….tej miłości która mnie wszechogarnia kiedy patrzę na moje dziecko, jak rośnie i każdego dnia się rozwija…kiedy karmię ją w nocy przez sen i jest łagodna i odprężona..mogłabym godzinami na nią patrzeć.. I znowu łzy mi lecą ze szczęścia, że mam ten mój skarb….

I tak te przeciwstawne emocje burzą się we mnie jak w szklance wody… jak tornado przechodzą przez mój mózg z jakąś szaloną prędkością światła…i najgorsza jest ta zmienność i głowa mnie już najczęściej boli…Nie nadaję się do tego….a jak mój mąż wspomni jeszcze raz o kolejnym dziecku- to Bóg mi świadkiem- kopnę go w dupę tak mocno, że mu gówno zęby wybije……( przepraszam Kochanie- tak mi to najlepiej tutaj pasowało…. :-* )

kolejne łzy rozgoryczonej matki

I tym razem nie są to łzy szczęścia :( i smutno mi i jestem nieszczęśliwa i pewnie jak to przeczyta mój małżon to uśmiechnie się pod nosem ( z czego HA?) Ciężko mi, chyba jestem przemęczona. Odkąd urodziła się Zofia nie potrafię spać w dzień. Chociaż kiedyś nie miałam z tym najmniejszego problemu. A teraz jest tyle do zrobienia! Zofia też znowu nie śpi w dzień :( Jeśli to ciąg dalszy tego cholernego skoku to chcę żeby on już sobie poszedł! Zośka przysypia mi tylko przy cycu (i to max pół godziny-40 min). Budzi się po to żeby mamie pomarudzić i popłakać (powyć wręcz czasem!), zmieniamy pieluchę, znowu cyc i drzemka- i tak w kółko… Tym sposobem siedzę cały dzień, nieumyta i głodna (sama jestem) we wczorajszych dresach i wszystkiego mi się odechciewa…próbuję dla mojej córki zatańczyć nawet na rzęsach, a i tak nic to nie daje :( Jeszcze do niedawna wieczór przynosił ulgę i chwilę wytchnienia- ale od paru dni jak po kąpieli idziemy w nasze miejsce na wieczorne karmienie to wrzask jakby mi córkę ze skóry ktoś obdzierał! Każdego dnia zaskakuje mnie siła i natężenie jej wrzasku! Zachowuje się jakby ją parzył nawet cycuś!!! I tak usypianie 2 miesięcznego niemowlaka trwa ostatnio 3 godziny :( Siedzę wieczorem na naszym fotelu do karmienia jak na karnym jeżu i ryczę….Mój mądry mąż zapytał mnie ostatnio z nutą rozbawienia chyba: Macierzyństwo daje Ci w kość? No zabawne- ale daje…

Żeby to chociaż ta głupia baba miała do kogo gębę otworzyć i komu się wyżalić…to po co! siedzi sama z dziecięciem i nawet tymi wieczorami co w ciemności próbuje łzy gorzkie ukoić- siedzi..sama.. godzinę..dwie… bo praca ważniejsza, bo telewizor jest w salonie…może przyjdzie, może nie…lepiej niech nie przychodzi bo będzie marudzić, narzekać, albo co….prawda ? gówno prawda.

A matka potrzebuje! Bo na głowę dostanie. A co gorsza przestanie cieszyć się życiem.

A mężowi zaczyna pasować, że córa nasza wpatrzona w matkę jak w święty obraz- u nikogo innego nie spędzi w ramionach dłużej niż 5 minut, więc jak zaczyna marudzić to siup! idz do mamy. Niech się mama buja. znowu. Po co się wysilić i córkę próbować zabawić, pobawić żeby matka chwilę odetchnęła? Przecież matka to terminator!!!

A matka to NIE terminator! Ani batman czy spiderman. Nie ma żadnych nadludzkich sił, ani zdolności.  I bywa wykończona. Ale jest matką..i zawsze nią będzie…zawsze musi dać radę… czasem tylko mógłby ktoś wesprzeć…pogłaskać…pomyziać…przytulić…żeby wiedziała, że ktoś te wysiłki zauważa i docenia. tylko tyle….

Bezsenność….

….dopada mnie coraz częściej. Już jakieś 2 tygodnie…Mój mąż śpi słodko za ścianą (zmęczony po trasie), a ja po prostu wiem, że nie ma po co kłaść się do łóżka, bo będę się wiercić i przewracać- a mąż przecież musi się wyspać. Mimo iż mój rogal do spania spisuje się świetnie, jakoś nie mogę sobie znaleźć w łóżku miejsca. Źle mi się leży na lewym boku, bo Zofia zajmuje całą lewą część mojego brzucha (jakoś sobie ten kącik upodobała). Standardowo w telewizji nie ma nic ciekawego, więc postanowiłam zajrzeć tutaj. Zośka od wczoraj bardzo się wierci, przekręca- mam jednak nadzieję, że nadal pozostaje głową w dół. Rozpoczęłam też okres częstych wizyt w toalecie. W nocy budzę się (jeśli w ogóle zasnę) 2 razy na siusianie. W ciągu dnia to średnio co 2 godziny. Zaobserwowałam też u siebie takie zjawisko, że jak się zapomnę i przyspieszam kroku to czuję takie nieprzyjemne kłucie jakby w pochwie, głęboko, czasem też odczuwam tam taki nieprzyjemny nacisk. Nie wspomnę też o tym, że te 2 dni upałów dały trochę w kość. A co to będzie później? Ograniczyłam się do wyjścia do najbliższego sklepu po drobne zakupy, ale po powrocie byłam już tak umęczona, że ani mi w głowie jakieś dłuższe spacery. Czy tak już będzie do końca? Do terminu zostały mi 4 tygodnie- czy właśnie tak je spędzę? Nie mogąc sobie znaleźć nigdzie miejsca, siedząc w domu na kanapie lub leżąc w sypialni? Czy właśnie tak wygląda to najgorsze oczekiwanie??? Już nie mam ochoty myśleć nawet o jakichkolwiek spotkaniach towarzyskich, z których trzeba wracać nocną komunikacją, czy taksówką. Nie mam też ochoty na żadne odwiedziny w domu. Nie mam ochoty na żadne dłuższe spacery, ani nawet połazić po starówce- co jeszcze do niedawna tak lubiłam. I w sumie sama ze sobą źle się czuje, że tak właśnie jest. W ogóle  kiedy jestem w takim kiepskim nastroju- cała moja radość i optymizm gdzieś się ulatniają. I wszystko jakoś takie w ciemno- szarych barwach jest. Czuję głęboko w środku, że coś się kończy i ogarnia mnie strach i smutek. Widzę już drzwi za którymi jest zupełnie inna rzeczywistość, zbliżam się do nich i wiem, że klamka jest tylko po jednej stronie. Kiedy przekroczę ich próg- nie będzie już odwrotu…

nie może być zbyt kolorowo….

byłoby zbyt pięknie, kolorowo….przez ponad miesiąc miałam wspaniałe samopoczucie, które posypało się jak domek z kart. To już 28 tydzień…według niektórych podziałów zaczyna się już 3 trymestr.Co oznacza, że zostało nam już tylko 3 miesiące do końca. Niby nic się nie zmienia, ale jest jakby inaczej. Brzuch mi wysadziło na całego, na wadze przybrałam 9 kg od początku ciąży. Za chwile będzie 10 – to jakaś masakra! A podobno najwięcej tyje się przez 3 ostatnie miesiące! Mam ochotę w ogóle nie jeść!- ale wiem, że nie mogę- Zośka potrzebuje teraz dużo, żeby budować swoją tkankę tłuszczową, która będzie ją ogrzewać jak już wyjdzie na świat. Ale ona też musiała przybrać (podobno waży trochę ponad 1 kg), bo od 3 dni dostaje takich wariacji, że lata mi cały brzuch :) To naprawdę bardzo miłe uczucie :) Ale wracając do tematu to czuję się taka „ulana”, jakbym miała pod skórą gąbkę, albo galaretę. Ohyda! Wszędzie robią mi się odciśnięcia od ubrań i to celulito podobne coś na moich udach i pośladkach :(. Zaczynam się czuć mega nieatrakcyjnie, mimo iż należę do osób które bardzo dbają o swój wygląd :( A od 2-3 dni mam samopoczucie dokładnie takie jak wyglądam- czyli do niczego. Czekałam aż małżon wyjdzie rano do pracy i wyłam sobie jak wilk do księżyca :( Czuję się taka nieszczęśliwa! Tyle we mnie obaw i lęku! Czy dam radę? Czy małżon dopomoże, bo przez ostatnie półtora tygodnia w zasadzie nie ma go w domu, żyje po hotelach, a jak jest to i tak jakby go nie było- taki zapracowany. Ja naprawdę próbuję być wyrozumiała- ale to już trochę mnie przerasta. Łzy same mi się cisną do oczu- ale tak żeby tylko nie zauważył. Próbuję być silna i twarda, ale tak na prawdę w środku rozsypka :( po prostu tęsknię cholernie za moim mężem :( Zosia też- już dawno z nią nie rozmawiał. Nie mówiąc już o tym, że mamusia po prostu potrzebuje chłopa i czuje się niedopieszczona. Ale o czym tu marzyć skoro nie ma kiedy porozmawiać, wyprzytulać, a czasem nawet  zjeść wspólnie posiłku. I taka się czuję samotna. I boję się, że tak samo będzie jak urodzi się Zosia. Zostanę sama z tym wszystkim i nie wiem czy podołam :( Ciężko mi bardzo. I wraca mi ta myśl- sama tego chciałaś, więc teraz nie narzekaj-ale nie tak chciałam. I wyczerpałam już siły, żeby próbować z to zmienić. I idę się położyć.I idę sobie popłakać. I wolno mi- bo w końcu jestem w ciąży. I wam też wolno- jakby ktoś pytał. Trzymajcie się dziewczyny- oby lepiej i mocniej niż ja dzisiaj :(