wyczerpujemy limit chorobowy na przyszły rok!

Wszystko ładnie pięknie, gorączka minęła, wysypka zeszła. Buzia też wygląda całkiem ładnie ( przeciętnie zaczerwienia się 2 x w tygodniu, a po posmarowaniu maścią po 2 godzinach śladu nie ma- w związku z tym u alergologa nie byliśmy jeszcze, bo z czym ja pójdę jak buzię ma ładną i gładką??? Lekarz mnie wyśmieje!).

A tu pewnej nocy Zofia zaczyna kichać. Normalka- w ten sposób maluszki oczyszczają nos. Raz, drugi, trzeci….W ciągu dnia oki, ale kolejna noc i znowu kichanie. I bum!!!! Nosek zatkany :( Nocka zarwana, charczy mi dziecko, kicha, gile się leją…A ja mam już wizję zapalenia płuc po tych smarach……póki co smary bezbarwne- jest nadzieja! Od rana internet i szybka reakcja!

Najważniejsze: oczyszczanie!!! Im  częściej tym lepiej! Lepiej wyciągać niż mają spływać i jeszcze gardło lub płuca zainfekować! Do pomocy sól fizjologiczna lub woda morska (mamy obie, ale używałyśmy wody w sprayu Marimer-  sprawdziła się!). Drugi niezbędny element: aspirator. Najpopularniejszy to chyba Frida. Z tym, że Zofia na jej widok ma wściekliznę! Poza tym ja nie mam tyle sił, żeby wciągać te gile. Mąż to co innego- ten to jak zaciągnie to ho, ho! Niestety muszę sobie radzić sama, więc frida odpada :( no i dzieciaka nie będę co chwile stresować. Pospolite niegdyś gruszki chyba dawno temu już odeszły do lamusa… Wyczytałam też, że często powodowały podrażnienia delikatnej śluzówki w nosie. Więc co zostało???? Katarek! Czyli aspirator kataru podłączany do odkurzacza. Ja wiem, dla wielu brzmi strasznie! Ale uwierzcie mi, że uratował nam dupsko! A w zasadzie to nos :) Wszystko bez łez i paniki ( naprawdę!), bardzo, bardzo szybko i higienicznie! W zasadzie to w parę dni uporaliśmy się z katarem. Zdecydowanie mniej niż 7. A najgorsze były 2 nocki, bo wstawałyśmy w nocy aby gile odsysać.I już po kłopocie!!!

Pomagałam sobie jeszcze maścią Depulol, którą również śmiało mogę polecić ( od 6 m.ż.) Pomaga przy oddychaniu, udrażnia nosek i daje spokojny sen. Jest łagodniejszy niż popularny Vicks. Olbas Oil dodatkowo sprawdził się na mokrym ręczniku na kaloryferze. I spray do noska Nasivin soft, bardzo delikatne i można stosować od 3 m.ż.!

Dałyśmy radę! W najgorszych chwilach kiedy widziałam jak się Zosiula męczy powtarzałam w myślach, że wzięłabym to cholerstwo na siebie. Nie musiałam długo czekać. Po 2 dniach Zofia spała już spokojnie, a ja miałam tak nos zawalony, że myślałam, że się uduszę! Trudno. Nie jest źle. Uważajcie na to o czym myślicie ;)

ciągle coś :(

Znowu mam u was opóźnienie…łapy opadają :( buzia się zagoiła.super. pisałam wam, że pokasływała. W sobotę. W niedzielę już była gorączka. Kaszel i katar osłabł, ale gorączka z każdą godziną przybierała. Najgorzej w nocy. Bałam się spać. Temperatura w nocy dochodziła do 39. Dziecko rozpalone jak piec i ja, zupełnie nie wiedząca co robić. Zbijałam gorączkę na zmianę paracetamolem i ibuprofenem. Paracetamol w czopkach, ale słabiej działał niż ibuprofen, który był w syropie. Niestety ten syrop, a w zasadzie zawiesina były tak trudne do przełknięcia przez Zofię, że podawanie jej tego strzykawką to była walka. Dzieciak mi się krztusił i prawie udusił. Załamka…Dzwoniłam do mojej lekarki i powiedziała, że dziecko ma prawo mieć gorączkę 3 dni. Jak po 3 dniach nie ustąpi to przyjeżdżać. I faktycznie. 3 dnia już było lepiej. Po 3 dniach śladu po gorączce nie było. Tylko ta wysypka!!!! Czerwone kropeczki na brzuszku i pleckach, kolejnego dnia zlały się w wielkie czerwone place. Doszły jeszcze plamy w pachwinach, na rękach i nogach. No brak słów normalnie…. Ale, ale… porozmawiałam ze znajomymi mamami i okazało się, że prawdopodobnie mamy do czynienia z wirusem. Trzydniówka. Gorączka zakończona wysypką. Widziano ją w Poznaniu i w Szczecinie. Miejmy nadzieję, że to jest to. Że było minęło :)

Przybyło mi już sporo nowych, siwych włosów . Nie wiem ile, bo od dawna farbuję. Obawiam się, że jak tak dalej pójdzie to będę już zupełnie siwa, siwiuteńka. Czy tak wygląda macierzyństwo??? Ciągły lęk i strach o własne dziecko?

Gorączka minęła. Zgodnie z założeniem przestaliśmy używać maści  ( sterydowej- a jakże!). Podrażnienie znów wraca :(  Posmaruję maścią i po paru godzinach jest o niebo lepiej. Ale to bez sensu! Jak się dowiedziałam to bardzo silny steryd i zupełnie nie nadaje się dla takich małych dzieci. Tym bardziej na twarz. Fakt pomaga, ale….. Koniec z tym. W tym tygodniu idziemy do alergologa. Znalazłam jakiegoś całkiem dobrego u nas w mieście. Z Łodzi ponoć przyjeżdża. Jak się nie sprawdzi będziemy szukać dalej…Nie mam sił. Ciągle coś…..

alergii ciąg dalszy…

Pod koniec zeszłego tygodnia Zofia miała niespokojny dzień już od rana. Była poddenerwowana, marudna i nie mogła wysiedzieć w miejscu. Nie mogła też spać. Koło południa zaczęła się drapać po buzi, więc podałam jej wapno.Dwie godziny później miała taką straszną buzię jak za pierwszym razem- albo i jeszcze gorszą! Żywa, czerwona, pulsująca- jakby obdarta ze skóry ( głównie dolna część policzków, podgardle) i sącząca. M A S A K R A. Oszalałam, nie wiedziałam co robić. Przeryczałam całe popołudnie rozmyślając co znowu zrobiłam nie tak. Nie przychodziło mi nic do głowy! Jestem na diecie i nie zjadłam nic z rzeczy zakazanych. Myśl,myśl, myśl !!!!!!!!!!! Udało nam się umówić do dobrego pediatry, który przyjmuje popołudniu- oczywiście prywatnie. Do mojej Pani w przychodni przecież nie pójdę bo znowu bzdury będzie pieprzyć!

Pani doktor określiła to jako bardzo, bardzo duży stan zapalny skóry, która całkowicie pozbawiona jest warstwy ochronnej. Przeprowadziła z nami dokładny wywiad, obejrzała małą. Podczas naszej rozmowy olśniło mnie. Wczoraj wieczorem- jak to codziennie prałam śliniaki Zosi, a ponieważ ostatnio dosyć je poplamiła dynią albo marchewką postanowiłam je odplamić. Użyłam Vanisha. ……. Możliwe, że źle wypłukałam. Obie stwierdziłyśmy, że na jej już wcześniej podrażnioną buzię mogło to być jak gwóźdź do przysłowiowej trumny. Bo dietetycznie to wykluczone, żebym coś zjadła nie tak. No chyba, że do serów kozich dodają mleko krowie i zapomnieli o tym uprzedzić. Poczułam się okropnie. To moja wina. Bardzo prawdopodobne, że to przeze mnie. I tu prośba: proszę nie używajcie tego ścierwa na ubranka dla waszych dzieci. Pani doktor stwierdziła, że od tego w końcu są śliniaki i mają prawo być poplamione- do grobu ich przecież nie zabiorę. W sumie racja. Jeśli już to są specjalne odplamiacze na dziecięce ubrania. Ja wiem, że już nie użyję. Żadnego!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Dostałyśmy sporą ilość leków ( fenistil krople, syrop ketitofen hasco, maść elosone [niestety sterydowa] – 6 dni- potem kremik robiony, do przemywania Rivanol), ale Zofia była bardzo dzielna.Nie kosztowało to aż majątku: całość ok 60 zł. I nie uwierzycie, ale niecałe 24 godziny później jej buzia była w lepszym stanie niż przez ostatnie tygodnie. Nie dość, że pięknie wyglądała, to nie swędziała! Po 3 dniach praktycznie nie było śladu po jakichkolwiek problemach! Teraz żałuję, że tak późno poszłam do dobrego lekarza! Tyle tygodni się męczyłyśmy! Maść już odstawiona i póki co nawrotów nie ma. Miejmy nadzieję, że tak zostanie. Człowiek się uczy całe życie. A my mamy nowego pediatrę!

ps.zapomniałam dodać, że po zważeniu Zofii Pani sprawdziła siatki centylowe- 50 centyl jak w mordę strzelił! Kolejny raz moja intuicja mnie nie zawiodła. Gdyby nie szczepienia to więcej bym do tej baby z przychodni nie poszła!

grypa żołądkowa czy zatrucie????

Przeżyłam najgorsze 24 godziny…..do tej pory nie znam odpowiedzi na powyższe pytanie- czy to wirus, czy zatrucie?? W sumie mój mąż przez jakieś 2 godziny miał objawy „dolne”, ja natomiast to zupełnie inna bajka.Zaczęło się w niedziele wieczorem koło 23, nie mogłam zasnąć miałam takie mdłości…wstałam zrobiłam miętę i tak czekałam- sama nie wiem na co. Zrobiłam drugie podejście żeby się położyć- ale było jeszcze gorzej, pozycja leżąca była niemożliwa, było coraz gorzej. Wstałam, znów zrobiłam mięte i siedziałam w salonie po ciemku i czekałam. Kranik odkręcił się koło 4 w nocy i trwało to do południa następnego dnia, oddałam wszystko co jadłam w niedzielę, a potem każdą herbatę, sok, czy cokolwiek przyjęłam. Przepraszam za dosłowność, ale nie wiedziałam czy siedzieć na kiblu czy do niego rzygać. Od południa do wieczora dnia następnego pozostały mi tylko objawy „dolne” , ogromne mdłości, które uniemożliwiały przyjęcie pokarmu stałego, oraz olbrzymi ból przepony od torsji. Na szczęście byłam wykończona i następną noc przespałam jak dziecko, a dziś czuję się jak gdyby nigdy nic. Ale każde nawet najgorsze objawy fizyczne to nic w porównaniu z tym co czułam psychiczne. Oczyma mojej wyobraźni widziałam moje biedne, głodne dziecko w moim brzuchu, tak się bałam, że w jakiś sposób mogłam zrobić mu jakąś krzywdę! Mam nadzieję, że wszystko z nami wróci do normy.Starałam się pić jak najwięcej żeby nas nie odwodnić, z jedzeniem było gorzej :( Myślałam o tym żeby gdzieś jechać, ale gdzie? do szpitala? Do zwykłego czy położniczego? Do lekarza??? do jakiego??? miałam tysiąc myśli i bardzo się bałam. Jak już nabrałam sił ( a trwało to długo) wczytałam dr googla w poszukiwaniu czegokolwiek: oczywiście przy ostrych objawach zalecane było udać się nawet na pomoc doraźną ( a już na pewno przy 2 dniach ciężkich objawów), ale ja nie wiedziałam, czy moje moje objawy były ostre? Miałam totalny mętlik w głowie. Teraz, dziękuję Bogu, że ta męczarnia trwała „tylko” 24 godziny i nie życzę nikomu takiej sytuacji.

Pytanie do was dziewczyny, czy znalazłyście się w podobnej sytuacji? Co robiłyście? Byłyście gdzieś z tym??? Dajcie znać, bo chociaż mam nadzieję, że to się więcej nie powtórzy, to chciałabym być jakoś przygotowana na wszelką ewentualność ;)  Mamusie kochane Dużo, dużo zdrówka Wam życzę !!!!!