bajka o tym jak odzyskałam wolność

Trułam Wam o tym chyba od roku. Ewidentnie moje dziecko do życia potrzebowało towarzystwa nieco innego niż Mama- zwłaszcza, że przez 2 lata na wsi- nie miało w zasadzie żadnego kontaktu z innymi dziećmi. I ja też, nie raz Wam narzekałam, że potrzebuję w końcu trochę oddechu- bo dostawałam już na głowę. Więc gdy tylko pojawiła się perspektywa powrotu do miasta i gdy znaleźliśmy już mieszkanie ( do wyprowadzki były jeszcze 2 miesiące)- zaczęłam intensywnie szukać godnego miejsca, któremu powierzę moją córkę ( w sierpniu skończyła 2 lata i 2 miesiące). Okazało się, że na naszym osiedlu znajdowały się : niepubliczne przedszkole i niepubliczny żłobek.

Zrobiłam mały rekonesans i rozpoczęłam telefoniczne molestowanie właścicieli obu instytucji. Miałam dużo szczęścia- serio!!!! Do tej pory nie mogę uwierzyć, że tak gładko mi poszło! Wybór padł na żłobek :) Zadzwoniłam tam w dniu, w którym jedna osoba złożyła wypowiedzenie i tym sposobem zwolniło się jedno miejsce dla Zosi :) Cena bardzo przyzwoita- 509 zł z wyżywieniem (załapaliśmy się na dofinansowanie od miasta), w grupie 10 dzieci plus 2 Panie. W sumie 4 grupy. Szybko podjęliśmy decyzję z mężem- nie potrzebowaliśmy się długo zastanawiać- miałam wrażenie, że ta oferta spadła Nam z nieba! Parę dni po przeprowadzce poszłam tam osobiście i obejrzałam sobie wszystko. Fakt, że był to pierwszy żłobek, który widziałam na oczy- ale byłam pod na prawdę wielkim wrażeniem! Kolorowe, dobrze wyposażone sale, ładne łazienki, osobne sypialnie, mała salka gimnastyczna, mały plac zabaw w ogrodzie i bardzo miłe Panie- Ciocie  :) Zupełnie nie miałam się do czego przyczepić! Pieszo z naszego domu- 7 minut- czy można chcieć więcej????

Zosia chodzi do grupy średniaków ( o wdzięcznej nazwie: ślimaczki), ale jest najstarsza w grupie. Nie stanowiło to dla mnie żadnego problemu. Mamy tutaj dwie wspaniałe ciocie: Ewę i Agnieszkę i czasami nawet przychodzą jeszcze 2 jakieś inne Panie ( nie wiem, może jakies praktyki???). Szybko oszacowałam, że nasz zestaw Cioć jest najlepszy- ciocia Ewa najstarsza chyba ze wszystkich opiekunek, ze zdecydowanie największym doświadczeniem i z sercem na dłoni :)

Czy się bałam???????? O matko !!!! I to jak!!!!!!! Jeszcze jak się dowiedziałam, że dzieci szykują się tam do spania koło godziny 11.30- a w domu Zośka zasypia koło 14. Przez chwilę pomyślałam nawet, że to nie ma sensu- nie chcę jej stresować- ale to uczucie odesłałam do 100 diabłów. Ciocia mówiła, że pójdzie za przykładem innych dzieci i żeby się nie martwić- łatwo jej mówić!

Plan dnia u nas w żłobku: otwarcie 7, czas na zabawy, 9- śniadanko, czas na zabawy i spacer- lub ćwiczenia na salce lub teatrzyk lub inne atrakcje. Po 11- zupka, potem drzemka ( nieobowiązkowa), II danie koło 14, czas na zajęcia i zabawy do 17- w między czasie podwieczorek. Posiłki zapewnia catering ( widziałam te posiłki wiele razy- nie ma się do czego przyczepić i dzieci mają więcej jedzenia niż potrzebują- moim zdaniem- ale lepiej więcej niż za mało- prawda??? )

Ponieważ przeprowadziliśmy się z końcem sierpnia- postanowiłam, że wrzesień to będzie dla Zosi miesiąc- aby przyzwyczaić się do nowego otoczenia. Tak jak pisałam ostatnio- to chyba ja bardziej potrzebowałam czasu, żeby oswoić się z nowym miejscem :) Dla Zośki nie był to żaden problem! Z Ciocią ustaliłam, że od 20 września Zosia będzie przychodziła do dzieci na adaptację po śniadanku- tak na 2- 2,5 godzinki- tak aby od 1 października zostawała już na dłużej ( czyt. na drzemkę i obiadek- oczywiście w pierwszej chwili myślałam, że to za szybko, że nie da rady!).

Czy było ciężko????? Pierwsze 3 dni. Płakała niemiłosiernie, a ja musiałam się hamować, żeby i mnie nie puściły zawory :( Podobno jak tylko zniknęłam za drzwiami- pokwiliła chwilę i ruszała do zabawy  :) A ja i tak czułam się jak wyrodna matka :( na szczęście po paru dniach to uczucie minęło- tak jak łzy :) 4 dnia już nie płakała wcale :) Ciężki był też dzień, kiedy to pierwszy raz zostawała na dłużej ( na drzemkę i obiadek- czyli od 8 do 14). Cały dzień byłam znerwicowana jak przed maturą- koło 12 szorowałam już podłogę na kolanach, żeby przestać myśleć. Aż nagle- SMS- od Cioci! Masakra! milion myśli na sekundę- na pewno muszę iść po Zośkę- jest katastrofa! Ale nie…to nie SMS- tylko MMS- zdjęcie- Zośka śpi! Pod swoim ukochanym, słonikowym kocykiem -na swojej ukochanej, słonikowej podusi ( zakupionej specjalnie na tą okazję)…..Musiałam usiąść……moje szczęście w tamtej chwili nie znało granic. Pomyślałam wtedy, że już teraz wszystko będzie dobrze :)

Poszło….. lepiej niż myślałam :) Oczywiście Zosia ma lepsze i gorsze dni. Oczywiście najgorzej jest w poniedziałki- popłakuje mi jak wchodzi na sale, ale jak zamknę drzwi to wszystko mija :) Śpi zazwyczaj koło godziny, ale ma też dni, że nie śpi- tylko urzęduje z Ciocią- wtedy muszę ją położyć na godzinkę jak wrócimy do domu. Je całkiem ładnie, samodzielnie :) Chętnie uczestniczy w grach i zabawach. Jest grzeczna, uprzejma i pomocna. I wygadana :)

ZOSIUUUUUU!!!!! Jestem z ciebie taka dumna!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Jak nam się to udało to do tej pory nie wiem :) Z całą pewnością pomogłam jej tym, że była do tego psychicznie przygotowana. Od już tak dawna opowiadałam jej o tym, że zacznie chodzić do dzieci, że będzie się tam bawić i że będzie Ciocia, której należy słuchać. Tak jej nagadałam, że tak na prawdę to nie mogła się już doczekać. Pomimo tego, że pierwsze rozstania były bardzo trudne- dla obu stron- wiem, że to był idealny czas. Nie mogłabym przeprowadzić tego lepiej. Duża pomoc była też ze strony Cioci Ewy, która uczuliła mnie na to, że z dzieckiem trzeba być uczciwym. Nawet jak nam się wydaje, że dziecko nie rozumie, to należy mu mówić kiedy dokładnie się po nie wróci. Oczywiście dzieci nie znają się na zegarku, ale wystarczy samo określenie: po zupce, czy też po drzemce, czy po obiadku. I należy zawsze dotrzymywać słowa…..

W ten sposób odzyskuję powoli swoje dawne życie. Mam coraz więcej czasu dla siebie, na bloga, na ogarnięcie domu. W przyszłym roku zacznę działać z pracą zawodową ( po tak długiej przerwie to można w zasadzie powiedzieć, że od zera!!!!!!!!!!!!!!aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!) Póki co, cieszę się każdą wolną chwilą. I wiecie co??? Jest bosko!!!!!!!!!!!!!!!!!

I tym wpisem chciałam Wam coś przekazać. Pamiętacie mnie sprzed 2 lat? Zośka była malutka, ja całe dnie siedziałam sama w domu. Na kanapie. Z wywalonym cycem. W piżamie. Nie miałam kiedy się umyć, wysikać się, zjeść- a wyjście z domu- chociażby do sklepu po bułki- było moim największym marzeniem. Gdy tylko próbowałam odstawić ją od piersi podnosiła taki lament, że już nie mogłam tego słuchać. Spała tylko przy cycku. A ja miałam już odleżyny na tyłku od tego ciągłego siedzenia. Tak było.

A tak jest teraz :) Dziewczyny- chociaż wydaje się Wam, że jest tragedia. Że już nie dajecie rady, że już macie dosyć i macie ochotę uciec na koniec świata i nigdy już nie wracać. Chociaż wydaje Wam się, że pierwsze miejsce na najgorszą matkę roku macie w kieszeni, jesteście złe, wkórwione, rozżalone, zrozpaczone. Uwierzcie mi, że będzie lepiej!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Każdy etap bezpowrotnie minie i pozostanie tylko wspomnieniem. Nadejdzie lepszy czas. Zobaczycie!!!!!!!!

Podsumowanie ostatnich miesięcy. Nowe miejsce.

Mam ogromne zaległości. Wiem. Ale teraz wszystko się zmieni! Obiecuję! Nie wiem od czego zacząć…..

Ostatnie wakacje to były ostatnie wakacje na wsi. Chociaż o tym nie pisałam, ale z końcem maja podjęliśmy z mężem decyzję o powrocie do wielkiego miasta. Na nasze stare śmieci. Mięliśmy 3 miesiące żeby znaleźć nam nowe gniazdko ( tyle trwał okres wypowiedzenia) i nie muszę chyba pisać, że przez te 3 miesiące na samą myśl o przeprowadzce: a) cieszyłam się jak głupia, b) bałam się jak cholera, c) dostawałam mdłości na samą myśl o przeprowadzce- wiecie pakowanie, rozpakowywanie- no same przyjemności! Ale sami wiecie, że był to już dla nas czas żeby coś zmienić….Dostawałam już na głowę, Zośce ewidentnie nie służyło to, że dostawałam na głowę :( Ta totalna izolacja od ludzi nikomu nie robiła dobrze…a miało być tak pięknie! Mąż ma taką pracę, że większość czasu nie ma go w domu, a ja czułam się jak zamknięta z dzieckiem w złotej klatce…..Decyzja podjęta!!!!!

Mięliśmy dużo szczęścia bo dość szybko znaleźliśmy spore mieszkanie, za bardzo rozsądne pieniądze, niedaleko samego centrum. Osiedle „zamknięte”, odizolowane, ładne, ciche, spokojne,  bardzo zielone, przy blokach lasy, stawy z kaczkami, stadniny koni i 3 place zabaw- może nie pierwszej nowości, ale dla nas to i tak super. Są tu również sklepy, poczta, piekarnia, apteka….czyli wszystko to, czego nam brakowało na wsi!!!! Od tego momentu czas zaczął płynąć dla nas szybciej i przyjemniej, chociaż widmo przeprowadzki do ostatniego dnia mnie osłabiało!

Prócz wakacji nad morzem o których Wam pisałam- nie udało nam się w tym roku nigdzie dalej poszaleć. Ale byliśmy kilka razy u rodziny w Szczecinie. Na szczęście Zośka już nie robi takich problemów w samochodzie, spokojnie można gdzieś pojechać bez szargania nerwów. Ps. pamiętacie, że kiedyś nie dało się z nią w ogóle jeździć samochodem???? Tak na prawdę udało mi się przetrwać te ostatnie miesiące na wsi bo odliczałam dni- całkiem serio. Skreślałam każdy jeden dzień w kalendarzu, który przybliżał mnie do powrotu między ludzi.

W miarę sprawnie udało nam się zorganizować całą przeprowadzkę dzięki babci, która opiekowała się przez całe dnie Zosią, kiedy My musieliśmy jechać sprzątać nowe mieszkanie, kiedy się pakowaliśmy i ogarnialiśmy cały majdan ( uwielbiam takie sytuacje, bo to zmusza nas do generalnych porządków, wywalania lub wydawania niepotrzebnych rzeczy, ubrań, zabawek) oraz kiedy to wszystko trzeba było porozkładać w nowym miejscu- organizując Nowy Dom :)

Bałam się jak Zofia zaakceptuje nowe miejsce- oczywiście była tu z nami wcześniej przy okazji podpisywania umowy. Rozmawialiśmy o tym, że będziemy zmieniać domek, przekupiliśmy ją też trochę wizytami na pobliskich placach zabaw :) Ja jednak wciąż się bałam…Tamten dom, ogród…to było miejsce, które znała w zasadzie od urodzenia…Mąż mnie uspokajał i mówił: Dla niej dom to miejsce w którym jesteśmy wszyscy razem!!!! i wiecie co??????? Miał cholerną rację!!!!!!!! Zofia przyjechała do nowego domku razem z babcią, kiedy my już zdążyliśmy wszystko w nim urządzić. Wszystko było już gotowe. Jej nowy pokój też :) gdybyście zobaczyły szczęście na tej małej buzi!!!!! Biegała po mieszkaniu jak oszalała :) A ja po raz pierwszy odetchnęłam z całego serca z poczuciem ulgi…

Kilka dni trwało zanim od nowa się oswajaliśmy ze wszystkim, wiele rzeczy trzeba było przeorganizować, ale jedna rzecz pozostała bez zmian: Zosi plan dnia- godziny snu, posiłków, zabaw. Bardzo nam to wszystko ułatwiło życie i mogliśmy wypracować nową „rutynę”. Od pierwszej nocy wszystkim nam śpi się tu o wiele lepiej, lepiej się funkcjonuje. Ja w zasadzie po pierwszym dniu miałam odczucie, że to była najlepsza decyzja w moim życiu :) Że tamte dwa lata na wsi to dwa lata zmarnowane…. że w końcu odżywam, rozkwitam, na prawdę- wracam do życia- do świata!!!!! Czuję się wspaniale!!!!! Potrzebuję ludzi dookoła siebie- a na naszym osiedlu większość rodzin to młode małżeństwa z małymi dziećmi. Gdzie nie pójdziesz to wszędzie jest okazja do nawiązywania kontaktów, do miłych pogawędek, dzieci się wspólnie bawią- bo zabawki zostają na placach zabaw i są wspólne, ludzie są mili, otwarci i serdeczni. Uśmiech przez cały wrzesień nie schodził mi z twarzy :) Przez cały wrzesień nie było ani jednego pochmurnego, deszczowego dnia dlatego większość czasu spędzałyśmy na dworze.

Powiem Wam jedno: Nigdy nie chciałam wracać do mojego rodzinnego miasta, na wieś. Wiedziałam to już od pierwszego roku studiów. Dwa lata temu popełniłam straszny błąd zgadzając się na taki powrót. Myślałam, że tak będzie lepiej dla Zosi, mąż też był zachwycony…..Teraz wiem, że nie należy robić nic wbrew sobie. Nie można innych uszczęśliwiać, a samemu zapominać o sobie. W nasz nowy dom wstąpił nowy duch. Ciągle się uśmiecham, wszystko mi się chce, nie jestem taka nerwowa, schudłam. Szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko- Tak Mówią. Owszem. Rozwinęła bym to dalej: szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko oraz szczęśliwa rodzina……

…..i nie potrzeba mieć do tego wielkiego domu z wielkim ogrodem.

2 lata za nami

2 lata i prawie 2 miesiące dokładniej :) zleciało…. lato już prawie minęło- bo nie wiem jak u Was, ale z nastaniem dnia 1 sierpnia- w powietrzu czuć już jesień…ja czuję…to inne powietrze….chłodne wieczory…wilgoć….czas leci nieubłaganie. Patrząc w lustro mam wrażenie, że czas stoi w miejscu ( ha! mam wrażenie, że czas zatrzymał się dla mnie jakieś 10 lat temu- oczywiście to tylko moje wrażenie ;) ), ale gdy patrzę na moją córkę- widzę, że czas nie próżnuje….

2 urodziny Zofii pozostały tylko wspomnieniem z kilkoma zdjęciami do albumu. A była to impreza jakich mało :) Motywem przewodnim była Świnka Peppa- od kilku miesięcy codziennie oglądamy parę odcinków, chociaż od paru dni została wyparta przez piosenkę Boysów- Jesteś szalona ;) – nie pytajcie mnie jak to się stało….z mojej własnej głupoty pozwoliłam się zauroczyć rodzonej córce rodzimą muzyką Disco polo :) tak od słowa do słowa, ale ty jesteś szalona, tralalala i już było po sprawie ;)

Ale wracając do imprezy- wieczór przed urodzinami, w towarzystwie 2 butelek wina i męża- cały dom przeobrażony został w krainę Peppolandii- z toną balonów, zawieszek, serpentyn i czego tylko można chcieć. Ale widząc radość córki o świcie- wiem, że było warto :) Gości może było niewielu, ale zabawa była przednia- łącznie z tańcami i śpiewami. Zofia była zachwycona tortem i musiała dmuchać świeczkę 2 razy- tak jej się podobało :)

Parę dni po urodzinkach byłam na bilansie dwulatka…..tzn. próbowałam być…….miałam wielkie plany zrobić z tego osobny wpis…wiecie……ale…..to co odwaliło moje dziecko to przechodzi najśmielsze oczekiwania. Była psychicznie nastawiona, że pójdziemy do Pani doktor, wiedziała co będziemy robić ( często odgrywałyśmy tą scenkę  z zabawkowymi przedmiotami do diagnostyki lekarskiej ;), puszczałam jej odcinki z Peppą u lekarza- serio myślałam, że pójdzie nam gładko. W samochodzie było ok…w poczekalni było ok…ale jak weszliśmy do gabinetu…….rzuciła się na ziemię i tak się darła i wiła, że nie można było NIC z nią zrobić. Ani rozebrać, ani zważyć, ani zmierzyć, ani nawet wziąć na ręce. Nic, darła się jakby ją ktoś ze skóry obdzierał- aż do porzygania. Ja myślałam że spalę się ze wstydu…..Czegoś takiego nie widziałam, nie słyszałam i powiedziałabym, że to nie moja córka! W książeczce mamy więc wpisane takie farmazony, że głowa mała :( a ja tak czekałam na to badanie, miałam tyle pytań….i dupa z tego wyszła…..I ja zupełnie nie wiem co się stało- Zośka nigdy nie miała żadnych negatywnych doświadczeń  z lekarzami, nie choruje…..zupełnie nie pojmuję. Od tamtej pory jak widzi jakąś bajkę w której mowa jest o lekarzu- natychmiast się spina i przybiega do mnie żeby ją wyłączyć :( no łapy i cycki opadają :(

Ale żeby nie było tak pesymistycznie to opowiem Wam, że  prawie 2 tyg. po urodzinkach wybraliśmy się na pierwsze nasze tygodniowe wakacje nad polskim morzem :) Pojechaliśmy do Chłopów i mieszkaliśmy w „luksusowej” przyczepie kempingowej ( byliśmy już kiedyś z mężem 2 razy w tym miejscu)- wszystko trochę daje starością i wilgocią- ale wszystko jest: 2 sypialnie, salon, kuchenka, lodówka, jadalnia, toaleta, prysznic, tv- no wszystko :) i to w dodatku 10 metrów od plaży :) za całkiem rozsądne pieniądze! Tylko 1 dzień padało, 2 dni było mega upalnie z idealną pogodą na plażę- a w pozostałe dni troszkę wiało. Zośka bawiła się super :) Na plaży wariactwo, ciężko było ją przez pierwsze 2 dni utrzymać- tak pchała się do wody, później na szczęście się oswoiła. Było z nami dużo innych dzieci, przed przyczepami plac zabaw gdzie cały dzień coś się działo. Nie było żadnych problemów, wszystko tak jak w domu- a dla nas frajda, że ruszyłyśmy się trochę z miejsca :) Ładnie spała, z jedzeniem też ok- czego chcieć więcej????Droga też w tę i z powrotem ( koło 5 godzin) jakoś przetrwaliśmy. Nie było tak strasznie jak to mówią :) A najważniejsze, że podczas tego wyjazdu odstawiłam Zosię od piersi- a w zasadzie sama się odstawiła- już 1 dnia :) Pomimo, że spałyśmy razem w 1 łóżku ( z konieczności- bo ja za tym nie przepadam)- od razu po przebudzeniu biegła zobaczyć co się dzieje na dworze i zapomniała o naszym porannym karmieniu :)

Z jednej strony trochę mi smutno- bo nasza mleczna podróż właśnie dobiegła końca….Ale – nadchodzi nowe!!!! To nieuniknione :)