nie mam głowy do tytułu….

Bardzo Was przepraszam. Nie ma mnie. Nie piszę. Nadal nie mam sił…Tyle chciałam napisać. Zofia skończyła 4 miesiące. I ja miałam swoje Święto. Ale największe Święto było tutaj: od roku do was piszę…Minął rok, odkąd dowiedziałam się, że jestem w ciąży…A teraz na pięterku śpi 4 miesięczny cud….

Notorycznie boli mnie głowa. Boję się, że znów tracę pokarm. Boję się, że tracę zdrowy rozsądek. Nie działa już wewnętrzny głos : ogarnij się kobieto, masz małe dziecko, które Cię potrzebuje!!!.  Nie chce mi się pisać, nie chce mi się rozmawiać ( z nikim!), sprzątać, uśmiechać czy nawet udawać. Momentami nie chce mi się żyć… Walczę ze sobą każdego dnia, żeby wobec córeczki nadal mieć przyklejony uśmiech na gębie, chociaż z oczu płyną łzy….Mam wrażenie, że umarłam dla świata na tym zadupiu…że nic już mnie nie czeka, że nic się nie zmieni, że wegetuję- żadnych perspektyw na przyszłość. Naczytałam się tyle o depresji, że jestem już pewna, że ją mam… I nie wiem co z tym dalej zrobić. Bo jestem całkowicie uzależniona od innych, nie mam się jak stąd ruszyć. Muszę odstawić tabletki antykoncepcyjne dla karmiących ( zjadłam jedno opakowanie- z całą pewnością swoje hormony coś tam  dołożyły-  a poza tym i tak nie są potrzebne, bo moje libido również osiągnęło depresję ( tą poniżej poziomu morza)). Druga sprawa: koniecznie chciałabym odwiedzić endokrynologa, bo w ciąży miałam problem z tarczycą i podobno tarczycowe hormony też mogą wywoływać stany depresyjne… Tak, próbuję jakoś sensownie tłumaczyć to co się ze mną dzieje. Nawet jak 2 dni jest lepiej to i tak wiem, że To na mnie czyha….czai się tuż za rogiem, żeby mnie dopaść ze zdwojoną siłą….

Mąż patrzy na mnie jak na wariatkę, w ogóle nie widzi powagi sytuacji. Jemu się cały czas wydaje chyba, że robię mu na złość, albo, że się wygłupiam (?) [ no bo hihi, kurwa jakie to śmieszne! hahah pękam ze śmiechu- wy też?] , albo, że udaję….Nie mam siły z nim rozmawiać. Najważniejsze, że ona ma się dobrze. Zachlewa mordę na spotkaniu integracyjnym i cudownie się bawi. Powiedziałam mu nawet, że jest pierdolonym egoistą, ale nie zrobiło to na nim większego wrażenia…. Matce się nie mogę wyżalić, bo znowu usłyszę: trzeba było nie brać ślubu i po co się tak spieszyłaś….. O tym że czuję się nie tak też nie mogę jej powiedzieć, zacznie mi wchodzić na głowę i będzie mi wmawiać wszystko co najgorsze. Nie mogę na nią liczyć. W sumie to na nikogo nie mogę liczyć i czuję się tak bardzo z tym wszystkim sama. Co ja mam robić???????????? Co robić…..

Następny wpis będzie dopiero jak coś się zmieni. Nie będę was zanudzać. Życzcie mi sił- tak bardzo ich potrzebuję- żeby być mamą dla mojej kochanej córeczki. Żeby w końcu przestały kapać łzy. Żeby myśli choć trochę się rozjaśniły. Żeby chociaż z maleńką dawką optymizmu spojrzeć w przyszłość…. czy w ogóle jest jakaś przyszłość? Bo ja jestem teraz w głębokiej, czarnej dupie ( i nie chodzi tu o kolor skóry).

Czy Bóg istnieje?

no to kij w mrowisko…..

Widziałam kilka wpisów na blogach, które śledzę, na temat, który co jakiś czas odbija się echem w mediach i wywołuje (przynajmniej u mnie) paraliż…Mam na myśli tych wszystkich zwyrodnialców, którzy krzywdzą małe dzieci. Zaprząta mi to głowę od kilku dni…Myślę i myślę i pojąć nie mogę…. Takie tragedie trafiają do mnie teraz ze zdwojoną siłą odkąd zostałam matką i patrzę codziennie na moje kilkumiesięczne dziecko.

Bo może ja czegoś nie rozumiem. Może ktoś mnie oświeci? Jakiś duchowny? Pastor? Ktokolwiek? Bo ja wychowałam się w rodzinie Katolickiej, sama wierzę w Boga i chociaż jeszcze nie ochrzciliśmy Zosi (mamy to w planach na wiosnę) to chciałabym aby i ona wychowała się w duchu tej religii. Ale ja czegoś tu nie rozumiem…Od najmłodszych lat wpajano nam na lekcjach religii, że jak jakaś tragedia spada na człowieka to zawsze dzieje się to po coś. Mówi się wtedy, że Bóg nas doświadcza, aby sprawdzić siłę naszej wiary. Ja się pytam czym kieruje się ten nasz Bóg pozwalając na gwałt kilkumiesięcznego dziecka??? Dziecko, które przychodzi zupełnie nieświadome na ten świat i jest zupełnie bezbronne? Jaki to ma cel i sens? Dlaczego ten Miłosierny Bóg Zbawiciel nie zsyła ataku serca na takiego zwyrodnialca, dlaczego nie latają gromy i  pioruny? Dlaczego nie robi nic żeby to powstrzymać??? Boże gdzie jesteś i dlaczego na to pozwalasz???? Dlaczego pozwalasz żyć tym nędznym kreaturom- bo człowiekiem to nazwać tego nie można. Jak możesz spokojnie na to patrzeć. Ja nie wiem gdzie jest mój Bóg. Ja teraz zastanawiam się czy on naprawdę istnieje. Ja nie ogarniam….

Po co czekać na Dzień Sądu Ostatecznego???? Po co w ogóle dopuszczasz do takich sytuacji? To jest niemowlę….dwa miesiące czy osiem……nie ma różnicy…a ty wystawiasz je na tak ciężką próbę….dajesz uciechę i przyjemność katowi… dlaczego????? To wszystko jest jakieś popieprzone…chore….

I myślcie o mnie co chcecie. Nie obchodzi mnie to. Mam prawo wierzyć w co chcę i wątpić w co chcę. Mój Bóg przestał istnieć.

deprecha

i sama nie wiem nawet czy mam ochotę pisać….nie mogę porządnie ponarzekać, bo mąż przeczyta..i tak pewnie myśli, że udaję i oczywiście, że przesadzam. zawsze słyszę, że przesadzam…ale tym razem czuję naprawdę coś innego. czuję jak mnie coś zżera od środka.

zaznaczyć muszę od razu, że nie mam problemów z opieką nad córeczką. kocham ją bardzo. nie wyobrażam sobie, że mogłaby stać się jej jakaś krzywda. poświęcam jej każdy swój dzień i każdą chwilę. często myśląc o niej po prostu się rozczulam.

ale ja, ja czuję się źle. brak mi radości w życiu i coraz bardziej boję się przyszłości. nie mogę na siebie patrzeć. nie spełniam swoich małżeńskich obowiązków. wszystko widzę w czarnych barwach.

czuję się taka samotna. wszystko przez tą wyprowadzkę. jestem sama na tym zadupiu. na tym końcu świata z jedną drogą. dobrze, że mama wpada do mnie codziennie na chwilę ( ale dosłownie chwilę)…to znaczy bardziej prawdopodobne, że przyjeżdża do Zosi-  nie do mnie. ta samotność u mnie to dziwna trochę, bo to nie chodzi tylko o ludzi….chodzi o miejsca! miejsca których mi brakuje, w których czułam się dobrze. ten przeklęty, zimny dom, nawet w upalnym sierpniu była tu lodówka. polar i grube skarpety obowiązkowe. z grzaniem musimy poczekać- piec na olej. drożyzna… wszędzie pełno pająków. pchają się na zimę do domu. zniosła bym te z cienkimi nóżkami, ale ostatnio pojawiły się te grube, wielkie, czarne….mam nadzieję, że na piętro nie wejdą…ochyda….brakuje mi niezależności. tego, że otwieram drzwi i już znajduję się między ludźmi (zalety mieszkania w dużym mieście). tego, że wszędzie mam blisko i mam tyle możliwości. nawet z małą Zosią miałabym więcej możliwości. nawet w głupiej biedronce nie byłam od 2,5 miesiąca.

mąż niby jest, ale jakby go nie było. już teraz mi wszystko jedno czy wyjeżdża czy zostaje w domu. i tak go dla nas nie ma. wyłania się z biura koło 18. dzisiaj wyjechał na noc. bo się umówił. a ja mam się przyzwyczajać bo będzie wyjeżdżał. a ja już mu chyba nie ufam. myślę, że będzie coraz częściej wybywał z domu. no tak jeszcze przecież spotkanie integracyjne. mój mąż bywa. na kolacyjkach i tu i tam. on się będzie integrował. ja też się chyba będę integrować- z depresją…wieczorami każdy z nas wkłada nos w swój komputer. ja 10000 razy w ciągu wieczora bezsensownie sprawdzam facebooka. nic już razem nie robimy. jestem zawiedziona. i czuję się oszukana. i czuję się nieszczęśliwa. i lęki mam jakieś. i płaczę bez powodu. nawet w nocy. mam czasem wrażenie, że trzymam się jakoś dzięki tej małej kruszynce, która cichutko postękuje piętro wyżej. Nie wierzę, że jakoś to będzie. bo miało być inaczej….powie ktoś, no chłop pracuje- a ta narzeka. owszem ale wkład w tą jego pracę nie przekłada się na zyski. wręcz koszty tylko rosną. dobrze, że ja dostaję świadczenia. do czerwca mamy z Zosią zapewniony byt…ale co dalej? mam wrażenie, że jak czegoś z tym wszystkim nie zrobię to zwariuję…..

a tu jeszcze jesień idzie…zima…te ciągłe zimno i ciemności. normalny człowiek popada czasem w jesienną deprechę. ciężko będzie..oj ciężko….

różne takie sprawy pielęgnacyjne

Oczywiście za pięknie by było…musiało się zesrać…Ale chyba i tak jesteście przyzwyczajone, że u mnie wieczna sinusoida……góra..dół…góra… dół….teraz jest dół….dół taki, że nie wiem czy sobie z tym poradzę…próbuję czerpać siłę spędzając każdą chwilę z córeczką…czerpię trochę radości z tego, że rozumiemy się już dość dobrze i przestałam się na nią złościć nawet kiedy jest nieznośna…po prostu zawsze próbuję ją zrozumieć… Ale uzewnętrznię się jutro…będę miała samotny wieczór- mąż wyjeżdża.

Chciałam Wam napisać, że przetestowałam pieluchy z Rossmana- Baby Dream i jestem mega zadowolona :) Dady z Biedry się chowają (ale o tym już pisałam). Pampersów używamy więc tylko na noc i jak wiem, że nie będę mogła zmienić pieluszki w ciągu 3 godzin. I tak o to można troszkę zaoszczędzić :) A kaska się przyda bo ja już myślę o gadżetach do karmienia..piękne takie…kolorowe…. W końcu Zosia ma już 4 miesiące :)

Wczoraj przyjęłyśmy 2 dawkę szczepienia 5 w 1. Póki co wszystko w porządku. Czopki nie są potrzebne, a Zosieńka zachowuje się normalnie :) Poza tym  została przebadana ( niestety na szybko, bo dość późno przyjechaliśmy do przychodni i była kolejka), ale też jest ok. Zosia rośnie jak na drożdżach- ma już 6400 i 62 cm ( w 16 tygodniu życia). Zgłosiłam problem obfitego ulewania-a Zofia dała nawet pokaz- chlustając mi w dekolt. Pani doktor zaleciła nam Nutriton 2-3 razy dziennie przed karmieniem. Nie wiem czemu myślałam, że to jakieś krople albo syrop…okazało się, że to substancja zagęszczająca Bebilonu. Miałyście z tym jakieś doświadczenie? Nie podałam go jeszcze córce i chyba nie podam..bo niby jak- skoro karmimy się tylko piersią i nie zamierzam tego zmieniać jeszcze przynajmniej przez 1,5 miesiąca? Jest napisane, że prócz podania w butelce można zrobić papkę i podać łyżeczką…no ale helloooołłłł???? smaczne to to na pewno nie jest i nie mam zamiaru zniechęcać Zosi do pokarmów stałych przez taką bezsmakową papkę! I jestem w dupie. Czarnej. Nie wiem co robić. Jakieś inne propozycje na ulewanie???? Dodam, że Zosia ulewa najczęściej w ciągu dnia, bo w nocy rzadko (chyba, że ma problem z zaśnięciem i się denerwuje).

Ze spraw pielęgnacyjnych- APEL-nigdy, ale to nigdy nie używajcie przeterminowanych kosmetyków dla dziecka! I najlepiej sprawdźcie jaką ważność mają wasze! Bo ja po tym jak nieświadomie używałam przeterminowanego Sudocremu, który wywołał brzydkie odparzenia nie chcące się niczym wyleczyć ( to pierwszy problem tego typu u nas)- sprawdzam często z ciekawości na sklepowych półkach ( zdarzyło się niejednokrotnie, że dany produkt jest tuż przed terminem ważności).  Jak się zorientowałam i nic innego nie pomagało kupiłam nowy Sudocrem i po 1 dniu dupka się zagoiła. Teraz używamy go tylko na noc. W ciągu dnia stosujemy coś natłuszczającego : Aquastop (taki  krem dla noworodków) lub zielonego linomagu lub Alantan plus maść (zależnie co mi wpadnie w ręce). Zalety ich wszystkich to dobra skuteczność i niska cena!

Zapomniałam się też pożalić na swoją laktację….Zauważyłam, że coś jest nie tak jakieś 2 tygodnie temu….Miałam notorycznie miękkie piersi, a Zofia sprawiała wrażenie jakby nie mogła uciągnąć mleczka. Szarpała i rwała sutka i bardzo się denerwowała…Ja prawie posiwiałam !!! Miałam już czarną wizję powrotu do butelek… :( Ale nawiązałam kontakt z doradcą laktacyjnym- z Panią Bogusią- która wspierała mnie już podczas początkowych problemów. Dowiedziałam się, że koło 3 miesiąca występuje coś takiego jak kryzys laktacyjny. Wyjaśniła mi też, że miękkie piersi nie są objawem braku pokarmu- a unormowaniem się laktacji. Dodatkowo za jej poradą przyjrzałam się też swojej diecie i okazało się, że zdecydowanie piję za mało wody- po tym jak nastały chłodniejsze dni- praktycznie zupełnie wyeliminowałam wodę mineralną! Piłam co prawda więcej ciepłych napojów, ale to i tak za mało! Powróciłam do picia ponad 2 litrów dziennie, dodatkowo 2x dziennie zioła na laktację Herbapolu, popijam sobie wieczorami Karmi, a co najważniejsze często przykładam Zosię do cycunia. Kamieni w piersiach nie mam, ale pokarmu mam tyle ile powinnam, a  Zosia znowu jest spokojna przy karmieniu. I o to nam chodziło :)