cudowny dzień dobry!

Mamy za sobą świetny- niedzielny dzień! Rozpoczął się wielkim sukcesem już o świcie :) Ale jaki to był świt? Z rolet przebijało się słońce, a ja po ekspresowej analizie nocy, zerwałam się na równe nogi! Była już 7 godzina! Moja córka już nie spała- kiedy pochyliłam się nad kołyską- uśmiechnęła się szeroko. Zofia przespała 12 godzin!!! Od 19 do 7 rano- z jednym karmieniem na śpika i szybką zmianą pieluszki koło 23. Zdaję sobie sprawę, że nie będzie to naszą regułą, ale i tak była to niezwykła odmiana- zrezygnowanie z jednego karmienia w nocy :)

Wyściskałam i wycałowałam córeczkę, zmieniłyśmy pieluszkę i oddałyśmy się w ręce taty…To znaczy ja oddałam Zofię i sama ukryłam się pod kołdrą w sypialni. Była bardzo grzeczna,  z salonu nie słyszałam żadnych niepokojących odgłosów więc szybko zapadłam w sen. Obudziłam się przed 10 :) W zasadzie to mąż mnie obudził swoim krzątaniem w kuchni…..ale byłam szczęśliwa, bo to zapowiadało śniadanko :) A Zofia dała nam zjeść w spokoju- właśnie zapadła w pierwszą drzemkę. Pominę w opisie to, co działo się po śniadaniu…

Za oknem piękna, złota jesień. A po południu kolejny sukces. Wybraliśmy się na spacer. Pierwszy w trójkę odkąd się przeprowadziliśmy. Spędziliśmy na dworze przeszło 2 godziny. Pojechaliśmy wertepami w pola i lasy. Zofia próbowała zepsuć nam dobry humor, ale my się nie daliśmy. Ostatecznie chyba pojęła, że nie ma szans na odwrót do domu- więc zaakceptowała jazdę w wózku. Ba! nawet zapadła na swoją 40 min drzemkę! Ja wiem, że to nic nadzwyczajnego- ale to pierwszy miły spacer bez łez i wrzasków od prawie 2 miesięcy! Ale to nie nasza zasługa- to dzięki babci, która od kilku dni przyjeżdża do nas, żeby pojechać z Zofią na spacer i ” przyzwyczajać” ją od nowa do spacerków w wózku. Jak widać jej metoda działa :)

Późne popołudnie spędziliśmy u dziadków na pysznym obiadku i również było nam dane zjeść w spokoju :) To był piękny dzień- pełen wrażeń- nie tylko dla nas. Najbardziej chyba dla Zosi. Przed i w trakcie kąpieli nie mogła się uspokoić i migusiem zapadła w sen.

Dzisiaj, prócz ciepłych podmuchów wiatru- powiało też optymizmem. Poczułam szczęście i to, że tworzymy we trójkę rodzinę. Z całą pewnością jeszcze wiele przed nami. Ale nawet jeśli taki wyjątkowy dzień miałby się zdarzyć raz na jakiś czas….i tak jest super :) Nic tylko dziękować Niebiosom…..

3 miesiące macierzyństwa…

Ale to zleciało….to już 3 miesiące odkąd Zosia jest z nami na świecie! Z tego powodu cały weekend byłam w takim melancholijno-zamyśleniowym nastroju…Wspominałam sobie poród i z perspektywy tych trzech miesięcy śmiało mogę powiedzieć, że były to cudowne chwile! Kit z tym bólem! Zresztą kto jak kto, ale same wiecie, że ja akurat nie powinnam narzekać- (skakanie na piłce do ostatniej chwili swoje zrobiło i rodziłam niecałe 3 godziny- polecam). To była taka magiczna chwila i sama mogłam uporać się ze wszystkimi stereotypami na temat porodu. Rzeczywiście w tych ostatnich chwilach masz w dupie, jak wyglądasz i jak się zachowujesz- oraz to co robisz: posrasz się i to na pewno- no i co z tego? Na nikim nie robi to żadnego wrażenia. Każda tak ma. A, że nie chcieli mi zrobić lewatywy (bo podobno już się nie robi??? powtórzyły mi to 3 różne osoby!) to mięli za swoje…. I faktycznie sam moment wyjścia dziecka na świat nie boli- piszę o tych 2 rzeczach bo z tego co pamiętam były to sprawy, które ” spędzały mi sen z powiek”. Najbardziej bolesne są oczywiście skurcze- a samo posiadanie rozwarcia i przejście dziecka przez kanał rodny to pikuś :) Mogę wręcz śmiało napisać, że nie zapomnę tego niesamowitego uczucia do końca życia…. tego wyślizgnięcia się maleństwa i pierwszego krzyku…i tego pierwszego dotyku kiedy to położyli mi ją na piersi….i tego, że po prostu nie mogłam uwierzyć, że to już! że to Ona! ech………

Jeśli o mnie chodzi to z połogiem poszło bardzo szybko i bezboleśnie. Najbardziej bolesny był brak laktacji i walka o nią. Na szczęście była to wygrana na całej linii! Butelek używałyśmy tylko 3 tygodnie :) Ciężkie były pierwsze razy: pierwsze przewijanie (smolista smółka- brrrrr ), ubieranie (zwłaszcza ubranka nakładane przez głowę- unikać na początku jak ognia!), krztuszenie (flegmą w szpitalu-no bo przecież się już nie odśluzowywuje dzieci!)), pierwsza nieprzespana nocka, pierwsze łzy bezsilności, pierwszy niedający się ukoić płacz, kąpiel, potówki, odparzenia…pierwsza przepłakana podróż samochodem (nawet ta całkiem niedaleka),pierwsze szczepienie… tych pierwszych razy będzie jeszcze cała masa do kolekcji…

Ale są też inne te pierwsze razy….te piękne…te które pozostaną w pamięci do końca życia…pierwszy uśmiechnięty grymas ( ruchy jelit), pierwsze zaciśnięte paluszki wokół naszego palca, pierwszy krótki spacer, pierwsze świadome spojrzenie, pierwsze owocne karmienie, pierwszy prawdziwy uśmiech, pierwsza spokojna noc, pierwsze rozmowy ( ile może wyrazić zwykłe a-guuuu!!!), pierwszy chwyt grzechotki, pierwsze uniesienie głowy,  pierwsze przekulnięcie z brzuszka na plecki, pierwsza sesja….tak to dopiero początek…. :)

Mama- jestem mamą…często smutną..zapłakaną i zasmarkaną…często chodzę w dresie, baaaa! zdarzyło się w pidżamie cały dzień! Często przeklinam w myślach na czym świat stoi ( no dobra- czasem też całkiem głośno). Ale dla tej malutkiej osoby zrobiłabym wszystko. Od pierwszej chwili kiedy na nią spojrzałam!

Zofia- ósmy cud świata dla swojej mamy. Jest najpiękniejszym dzieckiem pod słońcem. Mniej płacze, mniej ulewa. Pięknie gada i piszczy, cudownie i coraz częściej się śmieje, więcej śpi, więcej się ślini, więcej się rozgląda…łapie zabawki i grzechotki w malutkie rączki, a potem próbuje do buzi ( no czasem jeszcze w oko), ssie paluszki- najlepiej swoje i mamy, trzyma już pięknie główkę,  bawi się na macie, lubi patrzeć w lustro, lubi jak mama robi miny i śpiewa (dobrze, że taty nie ma często w domu! ), nie lubi się ubierać, ostatnio płacze w kąpieli i po wsadzeniu do wózka, za to trochę mniej płacze w samochodzie…

Macierzyństwo ma wiele barw….są chwile jaskrawe jak motyle…ale nie brakuje też wszystkich odcieni szarości…Dobija mnie to ciągłe siedzenie w domu, ale nie wyobrażam sobie już życia bez tej małej istoty- dzięki której wszystko nabrało innego sensu.

 

 

dzień za dniem..czyli o tym jak się docieramy

Trochę słońca znowu zagościło w naszym życiu :) Po paru dniach obserwacji i testowania nasunęło się kilka wniosków, które skrupulatnie wdrażamy w życie. Żeby przeżyć normalnie dzień musimy powielać następujący schemat: pobudka, karmienie, godzina aktywności (+/- 15 min), 40 minut drzemki (+/- 15 min). I tak cały dzień. Karmienie co 2-2,5 godziny. Czasem, nie wiem od czego to zależy- drzemka koło 15 trwa prawie do 18- ale to coraz rzadziej. Ja nie wiem czy to normalne, że 3 miesięczne dziecko potrzebuje tyle snu i tak szybko wyczerpuje bateryjki????? Mam czasami wrażenie, że śpi więcej niż była noworodkiem! Oczywiście nie jest to zbyt wygodne, bo przy takim schemacie ciężko nam wyjechać gdzieś z domu- ale najważniejsze, że jakoś się docieramy i jest ok :) W tych chwilach aktywności Zofia ma naprawdę dobry humor, coraz więcej się śmieje i gaworzy. Łapie już w rękę zabawki i próbuje smakować :) Co prawda szybko się nudzi i muszę się sporo nagimnastykować, żeby przez tą godzinkę utrzymać ją w dobrym nastroju- ale najczęściej się udaje. Oczywiście często się buntuje i nie chce zasypiać, ale bujaczek, biały szum, max 10 min marudzenia i już ma odlot, a ja 40 minut dla siebie: pierwsza drzemka śniadanie, druga prysznic i doprowadzenie się do ładu, trzecia- ogarnąć dom lub zrobić coś do żarcia, a potem to już tylko przyjemności ( najczęściej książka)…Więc miejmy nadzieje, że już będzie tylko lepiej! :)  Ale żeby nie było kolorowo- Zośka wykazuje coraz większą alergię na swój wózek- nawet posadzona w pozycji pionowej :(   ale może jej minie (mam nadzieję!!!).

Żeby uatrakcyjnić Zośce chwile aktywności dokonałam bardzo fajnego zakupu. Na allegro kupiłam używaną matę edukacyjną Tiny love. Parę dni mi zajęło znalezienie „najfajniejszej”. Szukałam w opiniach i rankingach- ostatecznie pokierowałam się swoim gustem ;) Trafiła mi się też atrakcyjna cena ( zdecydowanie połowa mniej niż nowa) oraz gratis w postaci 3 dodatkowych zawieszek :) W ogóle to oszalałam na punkcie grzechotek i zawieszek Tiny love- zamówiłam sporo nowych na stronie smyk.pl -były w promocji. Zośka bardzo je lubi, odkrywa ich szeleszczące nóżki, rączki albo uszka i próbuje władować je do paszczy- na co jej pozwalam, lubi też dzwoneczki- zresztą my też- ich odgłos jest przyjemny dla ucha. :) Są naprawdę śliczne i kolorowe i bardzo przyciągają Zosiny wzrok :) Uwielbiam robić dla niej zakupy :)  Odkryłam też fajne, ręcznie robione zabawki na kura-d.pl . Oczywiście musiałam kilka zamówić. Na szczęście majątku nie kosztują :) Czasem wydaje mi się, że mam z tego więcej radochy niż moja córka !

Od kilku dni miałam spytać was o opinię: jakich pieluch używacie??? Interesują mnie oczywiście pieluchy jednorazowe. Przed urodzeniem Zośki planowałam używać Pampersów tylko na początku- a potem przejść na coś tańszego. Niestety nadal jedziemy na pampersach ( szukamy promocji- ale te promocje to jakieś oszukane bo najczęściej zmniejszają paczkę) bo próbowałam Dady ( wiadomo from Biedra)  i trochę się zawiodłam- przy ich używaniu pierwszy raz poczułam nieprzyjemny zapach moczu i po 2-3 godzinach noszenia najczęściej przeciekały :( A słyszałam takie dobre opinie na ich temat! Ale mógł być to też mój błąd- bo to była ostatnia paczka przed zmianą rozmiaru ( z 2 na 3- rozmiaru 2 używaliśmy tylko 2 tygodnie) i może po prostu były za małe???? Dajcie znać które sprawdzają się u Was. Z góry dziękuję!

tak sobie pomyślałam…

czy znacie jakąś dziecięcą szeptunkę???? jakąś świetną położną, która rozumie dzieci? Jak ja bym chciała poznać taką Tracy Hogg, która przyjechałaby do nas na parę  dni i pomogła mi zrozumieć moje dziecko! Ja raczej nie słyszałam o takich praktykach u nas w Polsce…a szkoda….

Właśnie wróciłam z Zośką ze spaceru….spacer to za dużo powiedziane! Oddaliłam się od domu parędziesiąt metrów i znowu zaczęła się drzeć….Od początku sierpnia czyli od momentu przeprowadzki na wieś Zośka przestała lubić spacery :( zawsze kończy się on tak samo…..niesłychanym rykiem…..czasem pozwala nam pobyć poza domem jakieś 15 minut, ale dziś zaczęła jak tylko znalazłyśmy się za płotem… Czy wy znacie drugie takie dziecko, które nie znosi spacerów? Jak zawsze wróciłyśmy do  domu, to wycie tak ją zmęczyło, że przyssała się do cyca i zasnęła…uffff…chwila ciszy i spokoju….nie na długo, ale zawsze coś….a ja czuję się jak wampir, zoombie jakieś, które nie wychodzi z domu….w ostatni weekend nie było nam dane spędzić miłego popołudnia i obiadu u moich rodziców, tak wyła, że czym prędzej gnaliśmy do siebie..  :(  Gdybym wiedziała, że tak będzie za nic bym się nie przeprowadzała…marzyła mi się wieś i długie spacery z dzieckiem….a co mam ? siedzenie w domu ze spuszczonymi roletami…dom w którym nawet w połowie sierpnia musiałam chodzić w polarze, bo zimny jakiś….z dala od ludzi….sama…z ryczącym bez przerwy,bez powodu dzieckiem….Nie no- mąż jest- ale najczęściej jakby go nie było…albo wyjeżdża (handlowiec), albo siedzi w biurze. Bajka…żyć nie umierać….a teraz nawet nie wolno mi narzekać- bo przecież sama chciałam… :(

na huśtawce…

tak właśnie się czuję… jak na huśtawce! Raz w górę, raz w dół z dużą częstotliwością…aż czasami kręci mi się w głowie od tych wahań…Ogólnie nastały u nas gorsze dni….nie wiem- może to kolejny skok rozwojowy ( teraz 3 -no w sumie to prawie 12 tydzień- więc możliwe!). Zofia ma takie perfidne dni..ostatnio cały dzień trzymałam ją na rękach, a ona wciąż płakała…a ja razem z nią. Brakuje mi już sił normalnie. Nie wiem co robić w takich chwilach! Co ja robię źle? Czy coś zjadłam nie tak, czy coś ją boli ? Ryczę nad sobą, bo czuję się bezsilna….ryczę nad Zośką bo ma głupią matkę, która jej zupełnie nie rozumie. Zła, niedobra, wyrodna…..Czasami wściekła i musi się na chwile oddalić, żeby te łzy złości wylać jak najszybciej….Bo mi już młoteczek i kowadełko dobrze w uszach nie pracuje- nie wspominając o bębenku….masakra.. te wibracje tak podnoszą mi ciśnienie i głupieje już zupełnie….zmieniam pieluchę, karmię, tulę, kocham, potem rzyg i kolejny ( coraz więcej i coraz częściej  mi to moje dziecko ulewa…) to jak był rzyg to musi być i  czkawka i tak w kółko….nie wydaje mi się żeby ją bolał brzuszek, ale już sama nie wiem i czasem i krople podaję (sab simplex lub bobotic). Oczywiście są lepsze chwile, że moja córka ma dobry humor, chwilkę się pośmieje, pobawi, ale trwają one tak krótko, że nie zdążę się nimi nacieszyć….I już te usteczka w grymas się wyginają ( odwrócona podkowa) i już wiem…znowu się zaraz zacznie….

Ale miało być o huśtawce…jest i druga strona tego medalu…bo prócz tego nagromadzenia negatywnych emocji i bólu uszu to są we mnie jeszcze inne pokłady emocji..tych ciepłych i pozytywnych….tej miłości która mnie wszechogarnia kiedy patrzę na moje dziecko, jak rośnie i każdego dnia się rozwija…kiedy karmię ją w nocy przez sen i jest łagodna i odprężona..mogłabym godzinami na nią patrzeć.. I znowu łzy mi lecą ze szczęścia, że mam ten mój skarb….

I tak te przeciwstawne emocje burzą się we mnie jak w szklance wody… jak tornado przechodzą przez mój mózg z jakąś szaloną prędkością światła…i najgorsza jest ta zmienność i głowa mnie już najczęściej boli…Nie nadaję się do tego….a jak mój mąż wspomni jeszcze raz o kolejnym dziecku- to Bóg mi świadkiem- kopnę go w dupę tak mocno, że mu gówno zęby wybije……( przepraszam Kochanie- tak mi to najlepiej tutaj pasowało…. :-* )