syndrom Babci

Dzisiaj trochę ponarzekam…. Od soboty jesteśmy na wiosce u dziadków (u moich rodziców) i tak się składa, że do naszego mieszkania już nie wracamy. Mąż w weekend zajmuje się przewiezieniem naszych rzeczy, nasz domek się remontuje, a my siedzimy u Babuni. Babunia jest w Zosi zakochana :) do szaleństwa- i wcale się nie dziwię :) i Dziadek tez chętnie zagląda nam do wózka :) Ja wiem, że chcą dla wnuczki jak najlepiej…ale…..

pierwsze słowa jakie słyszę rano- zakryj jej główkę…potem zakryj jej uszy! Ma zimne rączki-zimno jej!!! ma zimne stópki ubierz jej skarpetki!!! Wieje idź ją schowaj! Zośka leży w gondoli ja ją ubieram w samego bodziaka na krótki rękaw- no przecież upały takie jak jasna cholera! babcia przechodzi i chlast! kocem ją zakrywa :/ ja odkrywam- i tak w kółko…. Wiatr wieje ( to co że ciepły, delikatny przyjemny wietrzyk)- ubierz jej czapkę! Takie maluszki powinny nosić czapeczki! Zakryj uszy! Całe dzieciństwo ty chorowałaś na uszy..bla, bla, bla Dziś w nocy wstała i przyszła nam w nocy wszystkie okna pozamykać- bo zimno się zrobiło (???)- a to po tych upałach jedyna chwila wytchnienia ! A Zośka przecież w śpioszkach i w rożku jest! A 2 tygodnie temu to jeszcze mnie wkórzała przez telefon: czemu jej pić nie dajesz- takie upały! ja Ci ciągle wody podawałam w butelce..odwodni się..kupy nie zrobi…ty cały czas piłaś herbatkę koperkową i nie miałaś problemów….a na wszelkie zwrócenia uwagi z mojej strony- ciągle słyszę- wiem lepiej- 2 dzieci wychowałam…..

owszem, ale ponad 30 i 40 lat temu ! ja się pytam- jaki poziom wiedzy był w tamtych czasach????? Jako dziecko ciągle miałam problem z uszami i ciągle miałam katar- i może właśnie dlatego ????? Upał jak diabli, a mi tu każą dziecko ubierać…no szlag mnie trafia…u siebie jak jesteśmy to wszystkie okna pootwierane i dziecko się wietrzy, na spacerkach tak samo ! Ja się pytam- jak będę dziecko ubierać jak jesień przyjdzie- skoro teraz ma nosić skarpety, czapki i poowijana ma być???? zwariować idzie ! I moje tłumaczenia, że teraz się dzieciom nie podaje wody jak karmi się piersią- bo płyny też to zaspokaja (pierwsza frakcja)- jak grochem o ścianę….. Mam już dosyć, a tu jeszcze ponad tydzień zanim na swoje pójdziemy…..jak żyć- pytam- jak żyć?????

Babcie kochane, które przeczytają ten wpis- błagam- można raz powiedzieć, zwrócić uwagę, coś zasugerować…ale pozwólcie nam młodym Matkom działać według swoich zasad, pozwólcie nam popełniać błędy! I nie obrażajcie się ! Kochamy Was bardzo i wiemy, że chcecie jak najlepiej! Ale nie narzucajcie się- jak będziemy potrzebować rady lub pomocy  to jesteście pierwszymi osobami do których się zwrócimy!

w stronę słońca :)

ooj znowu te upały……u nas w bloku nie da się już wytrzymać…koło 30 stopni. Wszyscy źle się czujemy, a Zosia chyba najbardziej. Nie ma sensu wychodzić na dwór bo jest jeszcze gorzej. Kąpiele dla Zosi 2 x dziennie w letniej wodzie są obowiązkowe, ale i tak moja córa jeszcze bardziej marudna i płaczliwa i słabo sypia. Na szczęście jeszcze 2 tygodnie i wyprowadzka. W taką pogodę nie żal mi opuszczać wielkiego miasta mimo 12 lat spędzonych tutaj. Czeka na nas domek na wsi z roletami i ogrodem z wielkimi drzewami dającymi przyjemny cień…. :) Chłodne i przyjemne wnętrza…..już nie mogę się doczekać…

Nowina :) Odstawiłyśmy mleko modyfikowane (już 6 dni temu!) :) Yupiiiiii !!!! Teraz tylko na piersi jedziemy :) Niezależnie czy to dzień czy noc :) Idzie nam świetnie, Zośka się najada ( aż za bardzo momentami!) a ja już zapominam o butelkach :) Opłacało się być wytrwałym ! Chociaż nie ukrywam, momentami było bardzo, bardzo ciężko. Morze łez wylałam. Ale wszystko skończyło się dobrze i jestem szczęśliwa :) Zosia też :)

Oczywiście mój mały żarłok nadal za bardzo się najada i często kończy się to ulaniem mimo, że zawsze staram się ją odbijać ( ale czasami nie mogę nawet przez godzinę!). Ale raczej się nie zamartwiam, nie wygląda jakby traciła na wadze (wręcz przeciwnie)- chociaż to stwierdzi położna w przyszłym tygodniu. Poza tym ilość mokrych i brudnych pieluch są w normie. A właśnie- czytałam, że noworodek na piersi powinien brudzić kilka pieluszek na dobę- tymczasem my mamy 2-3- kupy w ciągu dnia- ale raz na 3-4- dni. Jak było u was???? Pediatra powiedział, że póki konsystencja jest bez zarzutu ( żółta, musztardowa, dość  rzadka) to nie ma się czym martwić- chociaż zauważyłam, że dzień poprzedzający wypróżnienie Zosia miewa bóle brzuszka i często płacze z ich powodu, prężąc się i wijąc. Czy macie jakieś sposoby na takie bóle ????? Strasznie mi jej szkoda, bo widzę, że cierpi- przy czym dodam, że masaże nie pomagają :(

Ogólnie nasze pożycie rodzinne jest coraz lepsze ;) Zauważyłam już pewną prawidłowość w spaniu nocnym u Zosi. Zakładając kąpiele koło 20- zasypiamy koło 21. Potem mamy 2 pobudki na karmienie w nocy jedna koło 1.30 druga koło 5.00. Najczęściej po tej 5 już nie śpimy. A w ciągu dnia to ciężko o jakąś prawidłowość- pomimo, że prowadzę zapiski od przyjazdu do domu ze szpitala- nie mamy jeszcze żadnej regularności w spaniu i jedzeniu. Ale spokojnie- Zosia jutro kończy dopiero 4 tygodnie i wszystko jeszcze przed nami :) Swoją drogą jakie to niesamowite- już prawie minął miesiąc :) Tyle się zmieniło w wyglądzie i zachowaniu Zośki! Początki były straszne, a noce najgorsze! Teraz udaje mi się pospać parę godzin, ale te pierwsze nocki…..zrywałam się z łóżka na każdy odgłos z kołyski i byłam za każdym razem przerażona, że coś się dzieje….. Teraz czuję się coraz pewniej i nie mam takich lęków. Ja też czuję się coraz lepiej :) Zupełnie nie czuję się jakbym rodziła ! Zgubiłam już nadbagaż ;) ( a miałam 15 kg)- oczywiście bez jakiegoś odchudzania- jestem na zdrowej diecie- bez słodyczy, przekąsek, fast foodów i smażonych, ciężkich potraw oraz duużo, dużo wody niegazowanej (ponad 2,5 litra dziennie). Czuję się bardzo dobrze i zaczynam mieć już kosmate myśli- jeśli wiecie o co mi chodzi…. Ale wolę z tym poczekać na wizytę u mojego ginekologa- jeszcze 1,5 tygodnia :)

Ale się rozpisałam! Miałam dziś Zośkę wykąpać, bo mąż na zakupach ! A tu taka godzina! Mała też mi przespała czas kąpieli, lecę…lecę… Buziaki!

nowa codzienność

Tyle rzeczy chciałam Wam napisać, ale wszystko mi gdzieś uleciało ! Przez ostatnie 2 tygodnie z Zosią uczymy się siebie. Jak już pisałam nawet dobrze sobie radzimy. Nasza kochana położna ( naprawdę dobrze wybrałam!) już nas odwiedzała ( szwy pościągane i rana wygojona :) ). Wizyta u pediatry zaklepana, podobnie jak wizyta w poradni preluksacyjnej (kontrola bioderek). Zastanawiam się tylko czy  moja Zosinka odbiega od „normy”-  bo wszędzie słyszę, że noworodki to tylko śpią i nic więcej- a mój skarbuś to po prostu istne szaleństwo…śpi bardzo mało- zwłaszcza w dzień- a co za tym idzie ja też. Czasem jak ją trzymam  na rękach to boję się, że usnę na siedząco!

Jeśli chodzi o karmienie! Dziewczyny- udało się!!!! Już nie używam laktatora! To dzięki wam! Wasze komentarze były dla mnie ogromnym wsparciem :) Mleko modyfikowane podaję Zosi wieczorem i w nocy ( w sumie 3 razy) a tak to cały dzień jedziemy na cycku ;) Mleka mam duużo ( w jednym mniej- w tym co był mniej używany- ale mam nadzieję, że wyrównamy :) ) i Zosia pięknie przybiera na wadze- waży już ponad 4 kilo !!!! W sumie to taki układ mi nawet odpowiada. Mam prawie 3 tygodniowego noworodka, który chętnie pije zarówno z butelki jak i z piersi. I tatuś się cieszy- bo też może brać udział w karmieniu :)

Nadal moja córcia jest bardzo płaczliwym dzieckiem- ale po malutku odkrywam dlaczego! Wyobraźcie sobie, że Zosia to mały żarłok! Potrafi non stop siedzieć przy cycu ( sama się tego domaga!) a potem zauważyłam, że boli ją brzuszek z przejedzenia i często ulewa. Jak uleje to od razu dostaje czkawki ( czkawka bardzo często atakowała ją już w brzuszku) i dostaje takiego nerwa, że tylko cycuś może ją uspokoić i tak zataczamy krąg. Macie jakieś pomysły co z tym zrobić ????? Przecież nie odmówię jej cycusia skoro potrzebuje!!! Ale z drugiej strony jak widzę jak się potem męczy to aż mi się serduszko ściska :( Poza tym takie ulewanie to nic dobrego :(

Przez ten cały okres czasu zmagałyśmy się z paroma problemami- z którymi póki co poradziłyśmy sobie: pierwszym były ropiejące oczka (obudziła się rano i miała posklejane rzęski i żółtą ropkę)- samo przecieranie jałowym wacikiem i jałową solą fizjologiczną to było za mało- poza tym doprowadzało Zofię do szału- przy każdym karmieniu zaczęłam zakraplać jej tą sól do oczu ( jak przysypiała i nawet tego nie czuła), skusiłam się nawet żeby parę razy zakroplić jej do oczu moje mleko! (przeczytałam, że ze względu na tak bogaty skład dobrze radzi sobie z bakteriami- podobno mleko sprawdza się też przy katarze!!!) po niecałych 2 dniach już było po sprawie :) Drugi problem- jak zaczynały się upały to przegrzałam moją córeczkę :( poza tym w naszym mieszkaniu ( w bloku) mięliśmy temperaturę ponad 28 stopni! I Zofia dostała potówek :( na szyjce, ramionach, w zgięciach łokci i na buźce. Po jednym dniu również na całej pupie. Wyglądało to strasznie, czerwone i pewnie bolące. Zosia była tego dnia wyjątkowo niespokojna i płacząca :( Przez 2 dni próbowaliśmy kąpieli z nadmanganianem potasu ( różowa kąpiel ;) ) ale to chyba zbytnio wysusza, więc wysłałam męża po mączkę ziemniaczaną :) Po 2 dniach kąpieli w krochmalu ( 2x dziennie) po wypryskach nie ma śladów :) (wyczytałam gdzieś taki przepis: 2 czubate łyżki mąki w szklance zimnej wody rozbełtać, a potem to rozmieszać z ok 2 litrami gorącej wody już w wanience- a potem wyrównać temperaturę zimną wodą). Dostałam nauczkę i teraz „wietrzę” moją córeczkę i mam nadzieję, że to świństwo już do nas nie wróci.

To tyle póki co :) Może macie jakieś inne przepisy na noworodkowe dolegliwości????  Piszcie :) Ja i inne mamy będą wdzięczne. Teraz idę się położyć. Mam dziś „wolną” noc- mąż karmi małą w nocy. Może chociaż troszkę się wyśpię :)

nareszcie w domu!!!!

Niech was nie zmyli tytuł :) Zosia skończyła dziś 2 tygodnie i odpadł jej pępuszek :) ( Octanisept górą!!!! ) Przez te upały powychodziły jej potówki (przynajmniej tak myślę, że to potówki)- macie na to jakieś sposoby???? Póki co wyczytałam, że kąpiel w nadmanganianie potasu może pomóc- więc dzisiaj odbyła się różowa kąpiel :)

ale wracając do naszego powrotu do domku i kolejnych wydarzeń:

Zgodnie z tym co pisałam w poprzedniej notatce- nadeszła ta chwila, a ja unosiłam się na skrzydłach. Zosia jeszcze spała po bujaniu w samochodzie- ja szybko rozpakowałam  torby i wstawiłam pranie i stałam nad kołyską razem z mężem patrząc na nasz cud :) Mąż wspaniale przygotował mieszkanie na nasz przyjazd, zrobił zakupy  ( w tym także znienawidzone butelki i mleko dla małej- w szpitalu używałyśmy HIPP  Bio). Wreszcie nie czuję presji :)  I kiedy tak trochę się odprężyłam- wieczorem poczułam ucisk w piersiach i okazało się, że miałam pierwszy mini nawał :) musiałam wrócić do domu żeby zapoczątkować produkcję! ;) Póki co daję Zosi mleko z butli gdy tego potrzebuje ( zazwyczaj co 3 godziny), a miedzy karmieniami dostaje cyca na żądanie. Pokarmu mam mało i skupiam się teraz na zwiększeniu jego ilości. Zaczęłam od herbatek- Lactosan i Hipp- na zmianę. Dodatkowo wieczorami zalewam sobie kminek wrzątkiem i też piję napar. I oczywiście Laktator ! Pierwszy jaki miałam w rękach to taki z gruszką do pompowania. Taki stary pożyczony od koleżanki. Niezbyt wygodny- gruszka twarda i po paru minutach jak zassie to nie chce się odkształcać. A sutka wciąga tak mocno, że aż mi tego poranionego wręcz „naderwał” i krwią podchodzi u podstawy!!!! Co za ból! ( już wygoiłam- Alantan plus zdziałał cuda- polecam!!!)  Pomijam to, że praktycznie nic nie odpompowałam :( Więc zdołowałam się, że może jednak nic z tego nie będzie :(  ( i poryczałam  rzecz jasna). Mąż rozmawiał ze swoją siostrą która zaofiarowała się, że pożyczy swój elektryczny laktator. Więc będzie pojutrze.Oki. Znów pojawiła się nadzieja. W tym czasie uczymy się Zosi :) Przebieranie, ubieranie i pierwsza kąpiel :) To ostatnie należy do męża- ja tylko asystuję. Z ubieraniem też nie mam problemów- a tak się bałam! Mam tylko problem z tym, że nie wiem jak Zosinkę ubierać. Niby wiem, że warstwę więcej niż siebie- ale  okazało się, że ją przegrzewam :(   Wszystkiego musimy się uczyć – pielęgnacja pępuszka ( Octanisept), oczyszczanie noska ( sól fizjologiczna i frida), oprzątanie wielkiej, rzadkiej kupy! (o!j potrafi ta moja córunia nawalić!). Czasem jak nie trafimy w moment mała całe zabiegi płacze, co doprowadza mnie do rozpaczy- że sprawiamy jej jakiś ból ( wiem, że nie- ale serce mi się kraje).  Przyszedł laktator!!!!! Czekałam z taką niecierpliwością! Już nie mogłam się doczekać żeby zacząć działać !!!!! I co???? Dupa…………….. Niby działa ten laktator- ale nie ciągnie :( składam, rozkładam- próbuje jeszcze raz i nic :( i znowu ryk…..( praktycznie codziennie późnym popołudniem lub wieczorem mam wybuchy płaczu i poczucie, że wszystko robię nie tak i jestem złą matką dla mojej Zosi-  ale to pewnie hormony sobie ze mną pogrywają). Nie no tym razem to już nie będę dłużej czekać i wysłałam męża do sklepu po taki laktator jaki widziałam u koleżanki w szpitalu ( i widziałam jak łatwo i szybko ściąga pokarm!!!) Pół godziny później już wyparzałam moje cudeńko i polecam wam Aventa- ręczny laktator z taką wajchą i z nakładkami masującymi. Koszt 129 zł. Działa!!!!! :) Z jednej piersi ( tej poranionej- mniej używanej) muszę odciągać więcej i dłużej- ale warto! Wydaje mi się, że po paru dniach mleczka mam coraz więcej !!!! :) Staram się jak najczęściej przystawiać Zosię do cycusia, między karmieniami pompuję :) Rano jak mam więcej pokarmu to odciągam i  do lodówki ( można przechowywać 72 godz) i podaję w ciągu dnia. Wieczorem pokarmu mam niewiele ( zmęczenie robi swoje). Ale spokojnie- nawet jeśli codziennie będę musiała Zosi podawać butlę- to jestem spokojna, że dostaje też zdrowe mleko ode mnie :) Nie ukrywam, że nadal najbardziej to chciałabym zupełnie zrezygnować z butelek ( czasochłonne to wyparzanie i łażenie po nocy), co jakiś czas nawet próbuję- ale po paru godzinach tylko butelka może uspokoić moje wyjące dziecię.

Oki, kończę już na dziś. Jeszcze ze 2 notatki i będziemy na bieżąco :) Muszę się jeszcze wykąpać bo zaraz będzie czas na następne karmienie! Nie poddaję się! Będę karmić piersią i już!!!!!

ładna miska jeść nie daje….

Nie wiem ile mi Zosia da dziś napisać, bo może się obudzić na kolejną porcję jedzonka :) Skończyłam na tym jak przewieziono mnie na oddział położniczy do pokoju 2 osobowego w systemie rooming-in. Współlokatorka już na mnie czekała ze swoim synkiem (jak się okazało miała najspokojniejsze i najmniej problemowe niemowlę jakie znam! ). Pierwsze półtora dnia przystawiałam często Zosiulkę do piersi- ale nie miałam z tym problemu- bo ani ja tam za wiele nie miałam, ani Ona nie miała takich potrzeb. Ktoś- nie pamiętam kto pokazał mi technikę przystawiania dziecka do piersi jeszcze na sali obserwacyjnej. Chyba jednak coś poszło nie tak- bo jak się potem okazało jednego sutka miałam porządnie poranionego, a drugiego tylko troszkę. Mała niezbyt chętnie zaczęła się przystawiać. Doszło do tego, że w niedziele w nocy po długim okresie płaczu ( płaczu to złe określenie- to był ryk!!!) przyszła pielęgniara i dała mi butelkę z pokarmem dla Zosi- tłumacząc, że jak jest głodna to nic jej nie uspokoi. I tak się zaczęło……. pomijam to, że to, co mi powiedziała doprowadziło mnie do rozpaczy i musiałam iść do łazienki się wyryczeć, bo po braku snu takie wydarzenia były dla mnie zbyt mocne. Co z tego, że po porodzie super szybko doszłam do siebie, nie potrzebowałam żadnych środków przeciwbólowych, nie czułam bólu- nawet naciętego krocza! Nie mogłam pogodzić się z tym, że mimo tak obfitego biustu jakim obdarzyła mnie Matka Natura- nie byłam wstanie wykarmić swojego kochanego Dziecka!!!! Do końca pobytu w szpitalu karmiłam dziecko z butelki, ku mojej rozpaczy mała do piersi w ogóle nie chciała się już przysysać. Bolały mnie całe piersi, a sutki najbardziej. Nawet po ściśnięciu- nic nie chciało z nich lecieć. A co gorsza mała zaczęła zbyt mocno tracić na wadze ( nieduży spadek to całkiem normalne u noworodków) i przetrzymali nas dłużej w szpitalu :( Byłam na skraju…… Zosia bardzo często i mocno płakała, nie oszczędzała mnie nawet w nocy. Została mianowana pierwszym krzykaczem na oddziale. Chyba ani razu nie udało mi się przespać ciągiem 1 godziny. Budził mnie każdy odgłos z kołyski-bałam się, że Mała się zakrztusi- bo nie wiem czy wiecie- nie praktykuje się już odśluzowywania noworodków po urodzeniu- teraz mają odśluzowywać się naturalnie (?????? WTF?????). Kilka razy Mała zakrztusiła mi się i musiałam ją oklepywać….Byłam tym wszystkim przerażona. Coraz częściej łzy same cisnęły mi się do oczu. Pielęgniary krzywo na mnie patrzyły, że ” nie chcę” karmić piersią, tak samo jak Pani z poradni laktacyjnej, która jak zobaczyła butelkę na stoliku i smoczek tuż obok ( bo z desperacji próbowałam uciszać nim córeczkę- bezskutecznie oczywiście) to prawie się przeżegnała. Nikt nie rozumiał, że o niczym innym nie marzyłam- jak o tym, żeby karmić piersią Zośkę- przynajmniej przez rok, ale z tych moich piersi niewiele leci :(   O niczym innym nie marzyłam jak o tym, żeby już wrócić już do domu. Każdego dnia jak mąż przychodził w odwiedziny nie mogłam powstrzymać łez……czułam się taka niewartościowa…..

Nadszedł ten dzień, po mleku modyfikowanym Zosia zaczęła trochę przybierać. Na szczęście prócz incydentu z ubytkiem masy – mała jest całkowicie zdrowa. Pozytywnie przeszła wszystkie badania. Ku mojemu zaskoczeniu nie miałam problemów z pieluchami ( bo może to głupie- ale ja się naprawdę bałam, że nie będę umiała! Nigdy tego wcześniej nie robiłam, a jak Wam już kiedyś pisałam- strasznie bałam się takich malutkich bobasków, bo są takie delikatne i kruche!!! Unikałam nawet brania takich na ręce!). Środa godzina 16…jedziemy do domu! Jaka ja byłam szczęśliwa od rana! Nawet podmalowałam się trochę i podobałam się sobie w sukience, którą przywiózł mąż. Mój brzuch  chociaż wiotki i galaretowaty (!!!! tak tak moje drogie- tak to trzeba nazwać) wcale nie taki duży! Patrząc na inne dziewczyny które tego dnia wychodziły do domu- miałam połowę mniejszy brzuch od nich! Kolejny powód do radości ;) Jadę do domu !!!! Jadę Ja, Zosia i Tatuś :) cała nasza RODZINA :)